W zapomnianej dolinie Kine, gdzie zima przynosi śmierć, a lato muchy. Rodzina Blackwoodów od ośmiu pokoleń żyje w odosobnieniu. Ich farma stoi krzywo, z trójkątnymi oknami, jakby żółte oczy obserwowały intruzów. Miejscowi wiedzą, że lepiej trzymać się z daleka. Słyszeli wycie, które nie dochodziło z lasu, ale z tych ścian. O zmierzchu widzieli na terenie posiadłości postacie poruszające się na czworakach. Niektórzy twierdzą, że wszystko zaczęło się od starego Eli Blackwooda, który podczas śnieżnej burzy zabrał do łóżka trzy dzikie psy, twierdząc, że ociepliły mu życie. Teraz jego potomkowie kontynuują tradycję, choć coś się zmieniło w ich oczach, uśmiechach i sposobie, w jaki otwierają szczęki, gdy się śmieją.

Stara furgonetka jęczała na trudnych górskich drogach, podczas gdy dr Morgan Hayes mrużył oczy, patrząc na mapę rozłożoną na kolanach. Obok niego Leo Chen poprawiał torbę z aparatem fotograficznym, aby chronić sprzęt przed gwałtownymi wstrząsami pojazdu.

„Jesteś pewien, że to tutaj?” – zapytał Leo, poprawiając okulary na nosie. „K9 Valley nie ma nawet na Google Maps”.

Morgan przesunął palcem po papierze wzdłuż wyblakłej linii. „Właśnie dlatego tu jesteśmy. Osiem pokoleń izolacji genetycznej w jednej społeczności. To antropologiczna kopalnia złota”.

Ciężarówka skręciła w zakręcie i pojawiła się niewielka grupa budynków tworzących miasto Milbrook. Ostatni bastion cywilizacji przed Canine Valley. Kierowca, cichy mężczyzna, który zgodził się zawieźć ich tutaj za podwójną cenę, zatrzymał się przed jedyną restauracją w mieście.

„Nie pójdę dalej” – powiedział, były to jego pierwsze słowa od momentu opuszczenia dworca autobusowego. „Nikt z Milbrook nie udaje się do doliny po zmroku”.

Morgan zapłacił, wysiadł i wdychał rześkie jesienne powietrze. „Znajdziemy kogoś innego, kto zawiezie nas na pozostałe trasy”.

W restauracji rozmowy ucichły, gdy weszli. Wszyscy patrzyli na nich, nie z wrogością, ale raczej z niepokojem. Kelnerka, kobieta około sześćdziesiątki, z włosami farbowanymi na niemożliwy odcień rudego, podeszła do nich bez pytania z kawą.

„Zgubiliście się?” – zapytał, nalewając parujący płyn do grubych ceramicznych kubków.

„W rzeczywistości jesteśmy naukowcami” – powiedział Morgan i pokazał swoją legitymację uniwersytecką. „Nazywam się dr Morgan Hayes, a to jest mój kolega, Leo Chen. W ramach naszych badań nad ewolucją kulturową dokumentujemy odizolowane społeczności wiejskie”.

Kelnerka, Darlene, jak wskazywała jej plakietka z imieniem, lekko uniosła brwi. „A wy jedziecie do Canine Valley”. Nie było to pytanie.

Leo skinął głową, popijając kawę. „Słyszeliśmy, że rodzina Blackwoodów mieszka tam od pokoleń, bez kontaktów z zewnętrznym światem”.

Mężczyzna stojący przy ladzie odwrócił się. „Nie przeszkadzajcie tym ludziom” – powiedział. Miał siwą brodę, łzawiące, ale bystre oczy. „Mają dobry powód, żeby pozostać sobą”.

„Jaka jest tego przyczyna?” – zapytał Morgan. Jego ciekawość badawcza osiągnęła szczyt.

Mężczyzna wymienił spojrzenia z Darlene, zanim odpowiedział. „Po prostu inni, to wszystko. Hodowano je tam już przed czasami mojego dziadka”.

„Dwa razy w roku przyjeżdżają do miasta po zaopatrzenie” – dodała Darlene. „Zawsze są to ci sami dwaj mężczyźni. Nigdy nie mówią zbyt wiele, płacą gotówką i wyjeżdżają przed zachodem słońca”.

Morgan wyjął swój notatnik. „Czy zauważył pan coś niezwykłego w ich wyglądzie lub zachowaniu?”

W restauracji zapadła całkowita cisza. Mężczyzna stojący przy barze, którego Darlene nazwała Earlem, odchrząknął. „Chodzą dziwnie, są nieco zgarbieni, a ich zęby…” – urwał, jakby zastanawiając się nad słowami. „Słuchaj, nie jestem przesądna, ale mój ojciec opowiadał mi takie historie o Blackwoodach, że aż chce się rwać włosy z głowy”.

„Jakie historie?” – zapytał Leo.

Earl pokręcił głową. „To tylko stare bajki, nie warto ich powtarzać”.

Morgan spróbował innego podejścia. „Czy jest ktoś, kto mógłby nas tam zawieźć? Dobrze zapłacimy”.

Darlene roześmiała się, ale nie było w tym humoru. „Kochanie, nie ma na świecie takiej sumy pieniędzy, za którą ktoś z Milbrook wyjechałby po wrześniu do domu Blackwoodów. Tam zima nadchodzi wcześnie, a drogi stają się niebezpieczne”.

„Mamy własny samochód” – skłamał Leo bez wahania. „Potrzebujemy tylko wskazówek, jak dojechać”.

Młodszy mężczyzna siedzący w kącie wstał. Był wysoki i szczupły, jak ktoś, kto pracuje na świeżym powietrzu. „Podwiozę cię” – powiedział. „Nie aż tam, ale do skrzyżowania. Ostatni kilometr możesz przejść pieszo”.

Darlene spojrzała na niego ostro. „Jason Collins, twoja matka oszalałaby”.

„200 dolarów” – powiedział Jason, ignorując dziewczynę. „I ruszamy. Wrócimy przed zmrokiem”.

Morgan skinął głową i poczuł ulgę. „W porządku”.

Kiedy mieli już wyruszyć, Earl chwycił Morgana za ramię. „Jeśli cię zaproszą” – powiedział cicho – „nie zostawaj tam po zachodzie słońca. I bez względu na wszystko, nie śpij tam”.

Ciężarówka Jasona była nowsza niż ich poprzedni pojazd, ale równie dobrze nadawała się do jazdy w terenie. W miarę jak wspinali się coraz wyżej w góry, drzewa stawały się coraz gęstsze, zasłaniając większość popołudniowego słońca.

„Więc jak naprawdę wygląda sytuacja z Blackwoodami?” – zapytał Morgan, gdy podskakiwali na drodze.

Jason wpatrywał się w wąską drogę. „Mieszkańcy tej okolicy są przesądni. Blackwoodowie to po prostu samotni ludzie, którzy zbyt długo żyli w izolacji”. Zatrzymał się. „Ale nawet ja nie odważę się zbliżyć do ich posiadłości nocą. Coś jest nie tak z dźwiękami dochodzącymi stamtąd”.

„Głosy”. Leo ożywił się. „Są podobne do psich, ale nie do końca”.

Palce Jasona zacisnęły się na kierownicy. „Kiedyś polowaliśmy z moim bratem w pobliżu ich ziemi. Słyszałem rzeczy, których nie potrafię wyjaśnić”.

Minęli ostatni zakręt, a Jason zatrzymał ciężarówkę. Droga rozgałęziała się, a prawa odnoga prowadziła do gęstego lasu. „Tam” – powiedział i wskazał kierunek. „Dom będzie widoczny mniej więcej za milę. Poczekam tu godzinę. Ale nie dłużej”.

Morgan i Leo zebrali swój sprzęt i ruszyli ścieżką. Las otaczał ich czujnym i pradawnym spojrzeniem.

„Jak myślisz, co znajdziemy?” – zapytał Leo, trzymając już aparat fotograficzny w ręku.

Morgan poprawił plecak. Mapa była w nim bezpiecznie schowana. „Osiem pokoleń izolacji genetycznej ma dziwny wpływ na genotyp” – powiedział. „Ale podejrzewam, że legendy zostały wyolbrzymione w miarę upływu czasu. Uczucie, że ktoś nas obserwuje, stało się dwa razy silniejsze”.

Leo odwrócił się, na pewno usłyszał kroki za nimi. Za trzecim razem oboje to usłyszeli. Delikatny, cichy dźwięk, jakby jakieś zwierzę poruszało się w zaroślach. „To tylko jeleń” – powiedział Morgan, ale w jego głosie nie było przekonania.

Drzewa nagle zaczęły się przerzedzać i przed nami pojawiła się polana, na której stała farma Blackwood. Trzypiętrowy budynek, którego styl architektoniczny był wynikiem wielopokoleniowych przebudów, miał dwa kominy, z których unosił się dym, a na terenie posesji znajdowało się kilka budynków gospodarczych. Wszystko wyglądało na zużyte, ale zadbane.

„O mój Boże” – wyszeptał Leo i podniósł aparat. „Jakbyśmy cofnęli się w czasie”.

Kiedy zrobił pierwsze zdjęcie, drzwi wejściowe do domu się otworzyły. Pojawiła się postać. Wysoki mężczyzna o szerokich ramionach, który chodził nieco dziwnie, jakby jego stawy nie zginały się prawidłowo. Zatrzymał się na skraju ganku, jego twarz pozostała w cieniu, i obserwował, jak się zbliżają.

„To będzie Abraham Blackwood” – mruknął Morgan. „Obecny głowa rodziny. Z moich badań wynika, że…”

Leo opuścił nieco aparat. „Czy tylko mi jego twarz wydaje się dziwna, czy naprawdę taka jest?”

Zanim Morgan zdążył odpowiedzieć, Abraham zwrócił się do nich. Jego głos był głęboki i szorstki, a akcent nie wskazywał na konkretny region. „Wkroczyliście na teren prywatny” – powiedział. „Powiedzcie, co tu robicie, albo idźcie dalej!”

Morgan wystąpił naprzód. Na jego twarzy malował się profesjonalny uśmiech. „Panie Blackwood, nazywam się dr Morgan Hayes z Eastern State University. To jest mój kolega, Leo Chen. Prowadzimy badania antropologiczne nad izolowanymi społecznościami. Byłoby dla nas zaszczytem, gdyby zgodził się pan wziąć udział w naszych badaniach”.

Abraham zszedł po schodach w stronę światła, a obaj badacze starali się zachować neutralny wyraz twarzy. Jego rysy były wydłużone, niemal rozciągnięte, czoło pokrywały gęste brwi, a szczęka wydawała się nieco zbyt duża w porównaniu z pozostałymi rysami twarzy. Jednak ich uwagę przyciągały przede wszystkim jego oczy, które miały bursztynowy kolor i niemal zwierzęco odbijały światło.

„Antropolodzy” – powiedział, a słowo to brzmiało dla niego niezręcznie. „Badają nas jak okazy”.

„Wcale nie” – zapewnił Morgan. „Interesuje nas historia twojej rodziny, wasze tradycje, to, jak zachowaliście swój styl życia przez tyle pokoleń”.

Abraham długo się im przyglądał. Za nim zasłony poruszyły się w oknach, a reszta rodziny obserwowała ich w ukryciu. „Osiem pokoleń” – powiedział w końcu. „Od ośmiu pokoleń zachowujemy nasze sekrety, a teraz ty przychodzisz i zadajesz pytania”.

Leo lekko uniósł aparat. May spojrzała na aparat. Leo zmarszczył brwi. Potem, ku zaskoczeniu wszystkich, skinął głową. „Możesz fotografować posiadłość, ale nie rodzinę, chyba że uzyskasz zgodę wszystkich jej członków”. Wydawało się, że podjął decyzję, a jego nienaturalnie szerokie usta wygięły się w coś, co miało być uśmiechem. „Przebył pan długą drogę. Niedługo zapadnie noc. Może powinien pan wejść do środka. Poznać rodzinę. Omówimy pańską pracę”.

Morgan pamiętał ostrzeżenie Earla, żeby nie zostawać tam po zachodzie słońca, ale możliwość udokumentowania tej odizolowanej społeczności była zbyt cenna, żeby ją przegapić. „Z przyjemnością zostaniemy” – powiedział, ignorując zaniepokojone spojrzenie Leo. „Dziękujemy za gościnność”.

Kiedy Abraham odwrócił się, aby ich wprowadzić, jego ruchy były płynne, ale jednocześnie nieco dziwne. Morgan nie mógł pozbyć się wrażenia, że z własnej woli wkraczają do jaskini wilka. Cień Abrahama rysował długi ślad na zakurzonej ścieżce, gdy prowadził ich w kierunku domu. Leo po cichu ustawił aparat, aby uchwycić dziwną sylwetkę mężczyzny, którego profil wydawał się wydłużony w popołudniowym świetle i przypominał nos.

„Ta nieruchomość należy do naszej rodziny od 1872 roku” – powiedział Abraham, wypowiadając słowa w nietypowym rytmie, jakby jego język był zbyt duży dla jego ust. „Lei Blackwood, mój pradziadek, osiedlił się tu po wojnie”.

Morgan zauważył, że dokładnie policzył pokolenia. „W takim razie jesteś ósmym pokoleniem”.

Abraham zatrzymał się i lekko się odwrócił. „Ósmy, tak, najbardziej zaawansowany”.

Leo i Morgan spojrzeli na siebie, zaskoczeni tym dziwnym wyborem słów. Gdy zbliżali się do głównego budynku, coś przykuło ich uwagę. Z okien wyglądały postacie, które biegały między budynkami gospodarczymi. Niektóre poruszały się dziwnie, podobnie jak Abraham, inne poruszały się niemal na czworakach, po czym zniknęły im z oczu.

„Moja rodzina jest nieśmiała w stosunku do obcych” – wyjaśnił Abraham, zauważając ich błądzące spojrzenia. „Nie mamy zbyt wielu gości”.

„Ile osób mieszka w tym domu?” – zapytał Morgan, widząc co najmniej trzy różne twarze w oknach.

„22” – odpowiedział Abraham. „Cztery pokolenia pod jednym dachem”.

Schody wejściowe skrzypiały pod ich ciężarem. Leo ponownie podniósł aparat i sfotografował ręcznie rzeźbione drzwi ozdobione dziwnymi znakami. Na drzwiach widniał herb rodzinny, na którym widniały splecione postacie ludzi i psów. Wewnątrz domu unosił się zapach drewna, dymu, pieczonego mięsa i czegoś przypominającego piżmo. Morgan nie potrafił tego zidentyfikować. Wejście prowadziło do dużego wspólnego pomieszczenia, w którym stał ogromny kamienny kominek. Pomieszczenie wypełniały ręcznie wykonane, zużyte, ale solidne meble. Wszystko wskazywało na rodzinę, która dbała o siebie, pozbawiona nowoczesnych udogodnień.

By admin

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *