Miałam 19 lat, kiedy zrozumiałam, że piekło nie potrzebuje ognia. Wystarczy człowiek, który uśmiecha się, oferując ci czystą wodę i trzy sposoby na śmierć. Nazywam się Arianne Davao. Mam dziś 82 lata. Mieszkam sama w małym domku niedaleko Chalon-sur-Saône w Burgundii. Ludzie przechodzący moją ulicą widzą we mnie jedynie dyskretną starszą panią, która pielęgnuje swoje hortensje i grzecznie się wita.

Nikt nie podejrzewa, że przez lata nosiłam ciężar dwóch śmierci, którym mogłam zapobiec. Nikt nie wie, że w 1943 roku niemiecki dowódca dał mi trzy możliwości do wyboru, a żadna z nich nie pozwalała mi pozostać człowiekiem. Powiem ci coś, czego nigdy nie powiedziałam moim dzieciom ani mojemu zmarłemu mężowi. Coś, co trzymałam w tajemnicy, jakby zakopać ciało.

Ale teraz, w tym cichym domu, przed tym mikrofonem, zdecydowałem, że nadszedł czas. Czas nie ma bowiem mocy, by uniewinnić potwory, a jeśli umrę, nie mówiąc nic, prawda umrze wraz ze mną. Większość ludzi wierzy, że II wojna światowa toczyła się w okopach i na polach bitew, że okrucieństwa miały miejsce daleko stąd, w odległych miejscach, z udziałem nieznajomych.

Dwa lata wcześniej mój ojciec zmarł na zapalenie płuc. Matka pracowała jako krawcowa. Pomagałam przy dostawach i marzyłam o tym, żeby po wojnie studiować pielęgniarstwo. Naiwnie wierzyłam, że zwykłym ludziom, takim jak my, nie może spotkać nic naprawdę strasznego. Myliłam się. Tego wieczoru właśnie skończyłam zmywać naczynia, kiedy usłyszałam ciężarówki.

Odgłos silników przebił ciszę panującą w wiosce niczym ostrze. Moja matka cerowała płaszcz przy blasku świecy. Henry spał w sąsiednim pokoju. Hałas zbliżał się. Potem usłyszałam niemieckie głosy, tupot butów na chodniku. Następnie drzwi otworzyły się z hukiem. Nie zapukali. Po prostu wtargnęli do środka. Było ich czterech, w nieskazitelnych mundurach, z młodymi twarzami i pustym spojrzeniem.

Jeden z nich trzymał listę. Wyczytał moje imię, Arianne Davao. Źle je wymówił, ale to na pewno byłam ja. Moja mama wstała. Próbowała powiedzieć, że to pomyłka, że jestem tylko dziewczynką, że nic nie zrobiłam. Jeden z żołnierzy popchnął ją na ścianę. Ona nalegała. Ścisnęła mocno mój nadgarstek, jakby chciała zatrzymać mnie tam na zawsze.

Żołnierz podniósł kolbę karabinu i uderzył ją w rękę. Do dziś słyszę ten dźwięk. Trzask kości, stłumiony krzyk. Henry obudził się płacząc. Nie mogłam się nawet ruszyć. Po prostu patrzyłam na matkę, widziałam krew płynącą między jej palcami i zrozumiałam, że już nic nie będzie takie samo. Wyciągnęli mnie na zewnątrz.

Nie pozwolili mi zabrać ze sobą nic, ani płaszcza, ani odpowiednich butów. Na zewnątrz inne dziewczyny były już wpychane do wagonu. Niektóre z nich rozpoznałam. Simone, córka piekarza. Marguerite, która pracowała w aptece. Bardzo młode, wszystkie w wieku od 16 do 22 lat, w sumie 17 osób. Selekcja odbywała się w ciszy.

Nie wyjaśnili nam niczego. Po prostu wskazał, chwycił coś i wrzucił to do ciężarówki. Widziałam, jak matka Simone krzyczy. Widziałam, jak żołnierz ją uderzył. Widziałam strach na twarzach innych dziewcząt i w tej chwili zrozumiałam, że nie zabierają nas do pracy. Zabierano nas w gorszym celu. Podróż trwała wiele godzin, stłoczeni w ciężarówce jak bydło, bez miejsca, żeby normalnie usiąść, wdychając zapach potu, strachu i moczu. Nikt nie mówił.

Płakaliśmy tylko w ciszy. Simone trzymała mnie za rękę. Miała 17 lat. Cała drżała. Kiedy ciężarówka się zatrzymała, było już jasno. Wysiedliśmy w miejscu, które wyglądało jak prowizoryczny obóz wojskowy. Drewniane baraki, ogrodzenia z drutu kolczastego, wieże strażnicze, ale nie był to oficjalny obóz jeniecki.

Nie było flagi ani rejestru. Było to coś mniejszego, bardziej ukrytego. Czarna dziura, w której nie istniała biurokracja. Powitał nas oficer. Różnił się od żołnierzy. Był starszy, miał około 40 lat, nienaganny mundur, siwe włosy, starannie uczesane. Uśmiechnął się. Ten szczegół mnie uderzył. Uśmiechał się, patrząc na nas, tak jak ktoś ogląda rzadkie przedmioty w sklepie.

Nazywał się komendant Erich Stolz. Dowiedziałam się tego dopiero później. Ale w tamtej chwili widziałam tylko uśmiech. Jeśli nadal tu jesteś, to znaczy, że ta historia porusza cię. Powinna, ponieważ to, co spotkało te dziesięć dziewcząt w tym bezimiennym obozie, mogło spotkać każdego. Zło nie potrzebuje pozwolenia.

Nie czeka na zaproszenie. Jeśli to świadectwo porusza cię, jeśli czujesz coś, słysząc te słowa, zostaw ślad. Powiedz nam, skąd słuchasz, ponieważ pamięć istnieje tylko wtedy, gdy ktoś pamięta. Obóz nie miał oficjalnej nazwy, nie był zarejestrowany, nie działało w nim Czerwone Krzyż. Była to administracyjna czarna dziura, do której wrzucono siedemnaście dziewcząt jak bezwartościowe przedmioty.

Ale mieliśmy wartość, straszną wartość, mierzoną młodością i ciałem. Zabrano nas do ciemnych i wilgotnych baraków. Nie było łóżek, tylko ławki na twardej ziemi. W powietrzu unosił się zapach pleśni i potu. Było zimno, zimno przenikające do kości. Czekała na nas kobieta. Nazywała się Gerda.

A German woman in her forties, with a closed face and her hair pulled back in a tight bun. She spoke French with a heavy accent. She explained the rules to us. No names, only numbers. No talking after curfew, no direct eye contact with the officers. Absolute obedience. She marked our sleeve cuffs with black ink. I was number 11. Simone was number 9, Marguerite number 14.

Gerda powiedziała coś, czego nigdy nie zapomniałem: „Tutaj nie jesteście już ludźmi, jesteście zasobami, a zasoby muszą być wykorzystywane. Służyć”. To słowo stało się naszym koszmarem. Przez pierwsze kilka dni zmuszano nas do pracy. Pranie bielizny oficerów, czyszczenie latryn, przygotowywanie posiłków. Wyczerpująca praca, ale dało się wytrzymać. Myśleliśmy, że to wszystko, że jesteśmy tylko tanią siłą roboczą. Myliśmy się.

Trzeciego wieczoru Gerda przyszła po dziewczynę numer 4, brunetkę o zielonych oczach, prawdopodobnie dwudziestolatkę. Dziewczyna drżała. Gerda zabrała ją do oddzielnego, mniejszego budynku w pobliżu biura komendanta. Dziewczyna wróciła dopiero następnego ranka. Nie odzywała się. Siedziała w kącie i godzinami wpatrywała się w ścianę.

Nikt nie odważył się zapytać jej, co się stało. Ale my wiedzieliśmy. Trzy dni później przyszła kolej na nas, a potem na kogoś innego. Wykształcił się pewien rytm. Co tydzień Gerda przychodziła po dwie lub trzy dziewczyny. Niektóre wracały złamane, inne nigdy nie wracały. Rozumieliśmy okrutną matematykę obozu. Młodość była walutą.

By admin

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *