Z zewnątrz kompleks Redstone Mountain Compound na wsi w stanie Montana wyglądał jak każda inna osada survivalistów, z panelami słonecznymi, ogrodami warzywnymi i bawiącymi się w błocie dziećmi. Jednak 15 marca 1983 r. agentka FBI Sarah Chen zeszła do ręcznie wykutych tuneli pod głównym budynkiem i trzy godziny później wyszła z nich z całkowicie siwymi włosami i drżącymi rękami. To, co zobaczyła w tych podziemnych komnatach, będzie ją prześladować do końca życia. Chen nie była zwykłą agentką federalną; była byłą specjalistką ds. operacji psychologicznych w armii, która przesłuchiwała zbrodniarzy wojennych i była świadkiem najgorszych okrucieństw ludzkości. Myślała, że widziała już wszystko, ale klan Redstone żył według zasad starszych niż sama cywilizacja, żywiąc się czymś, co rosło w trzewiach góry, czymś, co wymagało świeżych ofiar, aby przetrwać i rozmnażać się. Siedemnaścioro dzieci znalezionych w tych tunelach uległo przemianie. Ich rodzice nazywali to ewolucją, a rząd nazywał to obrzydliwością, ale można się zastanawiać, jak nazwać stworzenia, które potrafią przetrwać bez jedzenia, wody i światła słonecznego.

Śledztwo rozpoczęło się trzy miesiące wcześniej od zgłoszenia zaginięcia jednej osoby. Szesnastoletnia Jennifer Walsh zniknęła z schroniska młodzieżowego w Billings. Jedynym tropem był paragon ze stacji benzynowej, z którego wynikało, że kupiła przekąski i mapę hrabstwa Glacier. Jej rodzice twierdzili, że nie była typem osoby, która ucieka z domu, ale nastolatki znikały cały czas. Sprawa zostałaby zamknięta, gdyby nie inne przypadki. W ciągu sześciu tygodni w tym samym miejscu na autostradzie zaginęło jeszcze czworo nastolatków. Wszystkie były uciekinierami lub dziećmi z rodzin zastępczych, czyli osobami zaginionymi, które zazwyczaj prześlizgiwały się przez szczeliny biurokratyczne. Jednak agentka Chen śledziła schematy zaginięć na obszarach wiejskich północno-zachodniej części kraju i coś w czasie tych zdarzeń nie dawało jej spokoju. Były one zbyt regularne i zbyt celowe.

Klan Redstone po raz pierwszy pojawił się na radarze federalnym w 1979 roku, kiedy ich przywódca, Marcus Redstone, kupił za gotówkę osiemset akrów górzystego terenu. Sprawdzanie przeszłości ujawniło, że przed legalną zmianą nazwiska nazywał się Marcus Kowalsski. Był byłym profesorem geologii w Berkeley, który doznał całkowitego załamania psychicznego po śmierci żony i córki w wypadku samochodowym. Opuścił zakład psychiatryczny z nową filozofią dotyczącą relacji ludzkości z ziemią. Wyznawcy Redstone’a byli typowymi członkami sekty: zagubionymi duszami poszukującymi celu w życiu, głównie młodymi dorosłymi z rozbitych rodzin. Nazywali siebie pierwszą rodziną i wierzyli, że tradycyjne społeczeństwo zatruwa związek ludzkości z pierwotnymi siłami. Była to standardowa retoryka końca świata zmieszana z duchowością new age. ATF dwukrotnie prowadziło dochodzenie w sprawie podejrzenia gromadzenia broni, ale nie znalazło nic nielegalnego.

Zespół Chen zbliżył się do kompleksu w szary marcowy poranek pod pretekstem rutynowego przesłuchania w sprawie zaginionych nastolatków. Spodziewali się oporu, być może broni, a nawet impasu. Zamiast tego Redstone powitał ich z niepokojącym spokojem. Był mniejszy niż sugerowały zdjęcia, miał około pięćdziesiątki, przedwcześnie posiwiałe włosy i głębokie zmarszczki świadczące o nieprzespanych nocach. Był ubrany prosto, w znoszoną flanelową koszulę i robocze buty, ale jego oczy miały w sobie intensywność, która przyprawiała Chen o gęsią skórkę. Kiedy pokazała mu zdjęcia zaginionych nastolatków, długo przyglądał się każdej twarzy. Twierdził, że dzieci zbłądziły i że pomagają im znaleźć właściwą drogę. Zapytany, czy są tam, odpowiedział, że ziemia zapewnia byt tym, którzy chcą słuchać.

Struktury powierzchniowe osady nie wyróżniały się niczym szczególnym. Trzydzieści siedem dorosłych osób mieszkało w przerobionych chatach i przyczepach rozmieszczonych wokół centralnego budynku. Energię elektryczną dostarczały panele słoneczne i turbina wiatrowa, a ogrody i mała zagroda dla zwierząt sugerowały samowystarczalność. Dzieci bawiły się między budynkami, ale było ich zbyt wiele w stosunku do liczby dorosłych. Coś wydawało się nie tak; dorośli poruszali się w dziwnej synchronizacji, jak ławica ryb reagująca na niewidzialne prądy. Ich oczy miały tę samą pustą intensywność, co oczy przywódcy, a dzieci były zbyt ciche i zbyt czujne. Kiedy Chen próbował się do nich zbliżyć, rozbiegły się z nienaturalną szybkością. Chen ogłosił, że chcieliby przeszukać teren, a Redstone skinął głową, jakby się tego spodziewał, zauważając, że niektórych drzwi, raz otwartych, nie da się zamknąć.

Pierwsze wejście do tunelu było ukryte pod fałszywą podłogą w piwnicy schroniska. Drewniane schody prowadziły w dół do ręcznie wykutej skały oświetlonej lampami naftowymi, które rzucały tańczące cienie na ściany. W miarę schodzenia powietrze stawało się gęste i wilgotne, niosąc zapach, którego Chen nie potrafiła zidentyfikować — słodki, gnijący i w jakiś sposób żywy. Agent Morrison, partner Chen, zgłosił się na ochotnika, aby towarzyszyć jej w tunelach. Pracowali razem od czterech lat i przeżyli wiele zbrojnych starć. Był solidny i niezachwiany, ale po dwudziestu minutach schodzenia Morrison zatrzymał się i szepnął, że muszą natychmiast stąd wyjść. Chen dostrzegła strach w jego oczach, oczach człowieka, który kiedyś przekonał porywacza do uwolnienia zakładników. Właśnie wtedy usłyszeli śpiew dzieci gdzieś w ciemności przed nimi, głosy zbyt czyste i piękne, by należały do ludzi.

Agentka specjalna Sarah Chen przycisnęła twarz do małego okienka helikoptera, obserwując rozciągającą się poniżej dziką przyrodę Kolorado. Gdzieś na tym rozległym obszarze znajdowała się baza Redstone. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że lecą w kierunku czegoś znacznie gorszego niż rutynowa akcja przeciwko sekcie. Agent Marcus Webb, dwudziestoletni weteran, sprawdził swoją kamizelkę taktyczną i zauważył, że miejscowi nawet nie chcą rozmawiać o tym, co się tam dzieje. Głos pilota rozbrzmiał w słuchawkach, informując, że strefa lądowania jest już widoczna. Sarah spojrzała w dół na niewielką polanę, na której wśród cieni stały drewniane budynki. Z kilku kominów unosił się dym, tworząc złudnie spokojny obraz. Pojawiły się postacie w ciemnych ubraniach, ale nie uciekały; po prostu stały i patrzyły z nienaturalnym spokojem.

Helikopter wylądował, a z niego wyskoczyła grupa taktyczna. Panowała absolutna cisza. Webb ogłosił nakaz przeszukania, a mieszkańcy zaczęli podchodzić do nich powolnymi krokami. Mężczyźni, kobiety i dzieci ubrani byli w proste, ciemne ubrania, które zdawały się pochłaniać światło słoneczne. Na ich twarzach malowało się spokojne pogodzenie się z sytuacją. Starszy mężczyzna, Daniel Thorne, wystąpił naprzód i stwierdził, że oczekiwali na agentów. Przerwał Webbowi, sugerując, że przybyli po coś innego – po coś, co ich pociągało, lub po wiedzę, że ich rozumienie świata jest niepełne. Sarah poczuła dreszcz. Budynki były zbudowane w spiralnym układzie, a na każdej framudze drzwi wyryto dziwne symbole. Daniel zwrócił się do niej po imieniu, mimo że się nie przedstawiła, stwierdzając, że jej miejsce jest właśnie tam. Wiatr się wzmógł, niosąc dźwięk, który mógł być śpiewem lub krzykiem dochodzącym spod ich stóp.

By admin

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *