To świadectwo zostało nagrane w 2004 roku przez Ekaterinę Michajłowna Pietrową w Sankt Petersburgu. Katarzyna milczała przez 62 lata na temat traumatycznych wydarzeń, które miały miejsce podczas okupacji w 1942 roku. Oto jej słowa.
„Nazywam się Ekaterina Michajłowna Pietrowa. Mam teraz 82 lata. Siedzę w swoim małym pokoju w Sankt Petersburgu i patrzę na swoje ręce. Są stare, pomarszczone, jak wyschnięta ziemia. Milczałam przez 62 lata. Przez 62 lata budziłam się w nocy z własnych krzyków, które utknęły mi w gardle. Ale w ciągu dnia nie mówiłam ani słowa. Moje dzieci, moje wnuki, nic o tym nie wiedzą. Myślą, że babcia jest po prostu cicha, że lubi patrzeć przez okno. Ale dzisiaj czuję, że mój czas się kończy, świeca się wypala. A jeśli nie powiem tego teraz, jeśli nie uwolnię tych cieni z mojego serca, pójdą ze mną do grobu i nikt nie pozna prawdy o tym, co wydarzyło się w 1942 roku. Postanowiłam opowiedzieć wszystko nie dla historii, nie dla podręczników, ale po to, aby po prostu znów stać się człowiekiem, zanim zamknę oczy na zawsze. Bardzo bolesne jest wspominanie tego, ale jeszcze bardziej bolesne jest milczenie. Posłuchajcie mnie, póki jeszcze mam siłę mówić.
„Pamiętam Leningrad przed nadejściem ciemności. Mój Boże, co to było za miasto. Byłam bardzo młoda, miałam 19 lat. Widziałam świat w kolorach. Chciałam zostać artystką. Studiowałam, brudziłam sobie palce farbami olejnymi i myślałam, że całe moje życie będzie tak jasne i piękne. Miałam Kolę, mojego Mikołaja. Ślub planowaliśmy na sierpień 1941 roku. Był taki wysoki, miał szczere oczy i zawsze pachniał świeżym drewnem, bo pracował w fabryce mebli. Spacerowaliśmy po nabrzeżu, a niebo nad nami wydawało się nam bezkresne. Byliśmy tacy głupi, tacy szczęśliwi. Nie wierzyliśmy, że istnieje prawdziwe zło. Myśleliśmy, że wojna to coś ze starych książek, coś, co nas nie dotyczy. A potem nadszedł czerwiec. Nikołaj wyruszył na front już w pierwszych dniach. Pamiętam go na stacji. Jego szal, który był dla niego trochę za duży, i sposób, w jaki mocno ściskał moją dłoń.
„Katya”, powiedział, „poczekaj. Wrócę i kupimy te farby, o których marzysz”.
„To były ostatnie słowa, jakie od niego usłyszałem. Nigdy więcej go nie widziałem. Tylko listy, które przestały przychodzić po trzech miesiącach. Potem nadeszło zimno. Takie zimno, jakiego nigdy wcześniej ani później nie doświadczyłem. Zima 1942 roku w Leningradzie. To nie był tylko mróz, to była sama śmierć chodząca po ulicach. Głód stał się naszym jedynym panem. Pamiętam te 125 gramów chleba, mały, lepki kawałek, który pachniał trocinami i kurzem, ale był wart więcej niż złoto. Patrzyłem, jak moja matka powoli umierała. Dawała mi swoje okruchy, mówiła, że nie chce jeść, a sama stała się przezroczysta jak bibułka. W marcu po prostu się nie obudziła. Nie płakałem. Nie miałem łez. W ciele była tylko pustka. Owinąłem ją prześcieradłem i przewiozłem na sankach przez całe miasto do wspólnej mogiły. Wokół były setki podobnych ludzi z sankami. Nie patrzyliśmy na siebie, byliśmy jak cienie. Tego dnia zdałem sobie sprawę, że Bóg nie istnieje lub po prostu odwrócił się od nas, aby nie widzieć tego horroru”.
„Zostałem złapany w kwietniu. Wyjechałem za miasto do lasu, mając nadzieję, że znajdę przynajmniej trochę kory drzewnej lub stare mrożone warzywa na polach, które kiedyś należały do państwowych gospodarstw rolnych. Byłem tak słaby, że nogi mi się plątały. I nagle usłyszałem odgłos silników, szczekanie psów, obcy język, krzyki, ostry jak brzytwa niemiecki patrol. Pamiętam czarne buty, które lśniły w słońcu, chociaż wokół była tylko brud i śmierć. Jeden z nich, bardzo młody chłopak, uderzył mnie kolbą karabinu w ramię, kiedy próbowałem uciec. Upadłem na topniejący śnieg i poczułem smak krwi w ustach. Śmiali się. Dla nich nie byłem człowiekiem. Byłem brudnym, głodnym stworzeniem, które stało im na drodze. Tego dnia złapano nas siedmioro. Pięć kobiet i dwóch starszych mężczyzn. Zawieźli nas na stację kolejową. Tam czekał pociąg. Nie były to wagony pasażerskie. Nie, były to wagony bydlęce. Byliśmy tak ściśnięci, że nie mogliśmy nawet usiąść. Nie było okien, tylko mała szczelina pod dachem, przez którą wiał lodowaty wiatr. W rogu stało wiadro, ale po jednym dniu przelało się, a smród stał się tak nie do zniesienia, że ludzie tracili przytomność. Podróżowaliśmy przez 4 dni bez wody, bez jedzenia. Obok mnie stała kobieta o imieniu Daria. Drugiego dnia zmarła na stojąco, ponieważ po prostu nie miała gdzie upaść. Jechaliśmy więc, żywi i martwi, ściśnięci jeden do drugiego. Zamknęłam oczy i próbowałam przypomnieć sobie zapach farb, zapach Nikołaja, ale czułam tylko zapach rozkładu i strachu. Pragnienie było tak silne, że lizałam metalowe śruby wagonu. Język przymarzł do metalu, skóra została zeskrobana aż do krwi, ale była to jedyna wilgoć. W tamtych dniach przestałam być Katia, artystką z Leningradu. Stałam się tylko ciałem, które pragnęło jednej rzeczy: wziąć kolejny oddech”.
„Kiedy otworzyły się drzwi wagonu, jasne światło uderzyło mnie w oczy jak bicz. Byliśmy gdzieś w pobliżu Pskowa, w ogromnym szarym budynku otoczonym drutem kolczastym. Wyrzucono nas na ziemię. Ci, którzy nie mogli wstać, pozostali na ziemi. Po prostu zastrzelono ich na miejscu, jak chore konie. Słyszałam te strzały, suche, krótkie trzaski, pop-pop i ciszę. Zabrano nas do baraków. Tam spotkałam Martę. Marta pochodziła z Ukrainy, z okolic Kijowa. Miała gęste czarne włosy, które zostały jej obcięte pierwszego dnia. Płakała nie z powodu włosów, ale dlatego, że odebrano jej medalion z fotografią syna. Marta stała się moim jedynym wsparciem. Tej pierwszej nocy na zimnym drewnianym pokładzie tuliliśmy się do siebie, aby się ogrzać”.

