W każdą sobotę mój dom na wsi zamieniał się w filię sanatorium, opanowaną przez grupę cygańskich intelektualistów. Dokładnie o czternastej przed bramą zatrzymywała się kolumna samochodów. Z wnętrza starej Toyoty majestatycznie wysiadała Klauzja Wiktorowna – moja teściowa. Za nią, niczym tren, ciągnęła się świta: szwagierka Żanna z mężem Antonem, brat drugiego stopnia Siemion z wiecznie przeżuwającą żoną Ludką.
Jechali do łaźni.To połączenie słów wywoływało u mnie nerwowy tik. Dla nich „łaźnia” oznaczała relaksujący odpoczynek, zimne piwo, szaszłyk, który marynował się sam, oraz chrupiące ogórki, które – ich zdaniem – rosły prosto w słoikach. Dla mnie natomiast była to druga zmiana: narób drewna, rozpal piec, przynieś wodę, przykryj, posprzątaj, umyj, uśmiechnij się, wysłuchaj rad dotyczących organizacji życia domowego i nie popełnij czynu karalnego w stanie afektu.
Przyjeżdżali z niewielkim bagażem. Najwięcej, co mieli, to paczka majonezu lub czerstwy bochenek chleba kupiony na stacji benzynowej. Był to ich wkład do „wspólnej puli”, która w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach składała się z zawartości mojej lodówki.
— Tania! — grzmiała Klaudia Wiktorowna, wyprostowując swoje ogromne piersi, opasane lureksem. — A czy para jest lekka? Ja i Żannoczka tak się zmęczyłyśmy przez ten tydzień, że nie mamy już siły! Mam nadzieję, że przygotowałaś gałązki jałowca do parowania?
Patrzyła na mnie z takim samym wyrazem twarzy, z jakim inspektor sanitarny patrzy na karalucha w zupie: z pogardliwą surowością.
— Zaparzyłam, Klauzjo Wiktorowna — odpowiedziałam, wycierając ręce o fartuch. — Pokroiłam drewno i wyszorowałam półki. Może tym razem przywieźliście węgiel? Albo mięso? Dima mówił, że poprosił Antoniego, żeby kupił szyję.
Anton, mąż szwagierki, natychmiast udawał, że nie słyszy. Zhanna, której usta przypominały dwa rozgotowane pierogi, przewróciła oczami:
— Och, Tan, czemu jesteś taka materialistyczna? Jedziemy do rodziny, a nie do sklepu. Zapomniałaś o zgiełku, korkach… Macie wszystko, jesteście bogaci.
— Nie mamy wszystkiego, ale mamy sumienie — mruknęłam, ale nikt mnie nie usłyszał. Tłum już wtargnął do domu, niszcząc po drodze czystość i ciszę.
Moja cierpliwość się wyczerpała dokładnie po tygodniu. Tym razem wyjechali, zostawiając w przedpokoju górę brudnych ręczników, w łaźni liście przypominające herbarium szalonego botanika, a w kuchni stos naczyń. Jednak ostatnią kroplą, która przelała czarę goryczy, było zdanie wypowiedziane przez Klavdię Wiktorownę. Wychodząc i zabierając ze sobą pojemnik z resztkami mojej peklowanej wołowiny, rzuciła:
— Następnym razem, Taneczko, podkręć trochę temperaturę. Bo dzisiaj jakoś… jest zbyt łagodnie. I niech sałatki będą bardziej urozmaicone, sałatka olivier to już przeżytek.
Spojrzałam na Dimę. Mój mąż, stojący obok i zaciskający pięści w kieszeniach dżinsów, spotkał moje spojrzenie. Był po mojej stronie, ale w starciu z natarczywością mamy jego inteligencja była równie skuteczna jak parasolka w obliczu tsunami.
— Dosyć tego — powiedziałam cicho. — Od następnej soboty wprowadzamy system wizowy.
W poniedziałek na rodzinnym czacie „Ukochana rodzina” (nazwę wymyśliła Żanna) pojawiła się moja wiadomość. Treść była lakoniczna:
„Drodzy krewni! W związku z gwałtownym wzrostem cen drewna opałowego i energii elektrycznej wprowadzamy system kart klubowych. Wejście do łaźni jest możliwe po spełnieniu jednego z poniższych warunków: a) przyniesienie własnego drewna opałowego i węgla; b) zapewnienie pełnego zaopatrzenia stołu w produkty spożywcze i napoje dla wszystkich; c) Stała opłata w wysokości 2000 rubli od osoby na amortyzację i sprzątanie. Bez spełnienia tych warunków furtka nie zostanie otwarta. Z miłością, Tanya”.
Efekt wybuchu bomby byłby łagodniejszy.
Pierwsza zadzwoniła teściowa.
— Czy ty oszalałaś? — krzyczała tak głośno, że głośnik telefonu wibrował. — Brać pieniądze od matki?! Rodzina to coś świętego! Jesteś handlarzem! Dima, widziałeś to?!
Dima odebrał telefon, jego głos był spokojny, ale stanowczy:
— Widziałem, mamo. I całkowicie się z tym zgadzam. Tania nie jest służącą. Jeśli chcecie odpocząć, to się przyłączcie.
Rozpoczął się bojkot. Przez dwa tygodnie żyliśmy jak w raju. Cisza, w lodówce wystarczyło jedzenia na cały tydzień, a nie na pół godziny. Ale wiedziałam: to tylko chwila spokoju. Klaudia Wiktorowna nie należy do tych, którzy poddają się bez walki.
W środę zadzwonił telefon. Głos teściowej brzmiał jak miód zmieszany z trucizną kurare.
— Tania, córko… No cóż, trochę się zapalczywiłyśmy, zdarza się. Pomyślałyśmy sobie, że strasznie za nami tęsknisz. Zapomnijmy o tych bzdurach dotyczących pieniędzy. Jesteśmy przecież rodziną. Jakie rozliczenia między bliskimi? Przyjedziemy w sobotę, jak rodzina, po prostu się zrelaksować. Bez żadnych warunków, dobrze? Dla pokoju w rodzinie.
Uśmiechnęłam się. „Po rodzinnie” w jej języku oznaczało „tak jak dawniej, za darmo”. Myślała, że mnie zmiękczyła. Że ja, wrażliwa intelektualistka, rozpłynę się na słowo „córka”.
— Oczywiście, pani Klaudia — odpowiedziałam głosem pełnym pokory. — Zapraszam. Łaźnia będzie gotowa. Wyłącznie dla naszych.
Sobota. Czternaście zero zero. Znajomy odgłos silnika.
Wysiedli z samochodów jako zwycięzcy. Żanna niosła malutki tortek ważący jakieś dwieście gramów, a Klaudia Wiktorowna – samą siebie. Mężczyźni byli z niczym.
— No proszę! — wykrzyknęła triumfalnie teściowa, spoglądając na idealnie zamieciony dziedziniec. — Potrafisz być normalną gospodynią, kiedy tylko chcesz! A potem wymyśliłaś te cenniki… Gdzie jest Dima?
— Dima jest w łaźni, sprawdza ciąg — uśmiechnęłam się. — Proszę wejść, rozebrać się. Para jest świetna, taka jak lubicie.
Wszyscy radośnie zaczęli głośno rozmawiać i pobiegli do łaźni. Przez dwie godziny dochodziły stamtąd błogie pomruki, plusk wody i odgłosy uderzeń gałązek. Siedziałam na werandzie z książką i piłam herbatę. Sama.
W końcu, rozgrzani, czerwoni, owinięci w prześcieradła, wypadli na zewnątrz. Jak wiadomo, po saunie apetyt jest ogromny.
— Uff, dobrze poszło! — Semion zacierał ręce. — Tanka, miecze na stół! Trzeba coś zjeść! Czułem zapach szaszłyków!
Cała procesja ruszyła do kuchni. Klaudia Wiktorowna szła na czele, wyczekując triumfu. Otworzyła szeroko drzwi… i zamarła.
Na stole leżał obrus. Na stole stała karafka z wodą, sześć szklanek i duży wazon z suszonymi owocami. Takimi, które można gryźć tylko wtedy, gdy ma się zapasowe zęby.
Na środku stołu, przyciśnięty solniczką, leżała kartka papieru formatu A4.
— Co to jest? — zapytała Jeanne, wskazując palcem na suszarki.
— Kolacja — odpowiedziałam spokojnie, wchodząc za nim. — Dla naszych.
— A gdzie mięso? Gdzie sałatki? Gdzie w końcu ziemniaki?! — ryknęła Klaudia Wiktorowna, rumieniąc się tak samo jak jej ręcznik kąpielowy.
— Pani Klaudia, — spojrzałam na nią ze zdziwieniem. — Sama pani powiedziała: „bez żadnych warunków”. Warunki były w cenniku: drewno, produkty spożywcze albo pieniądze. Poprosiła pani o ich zniesienie. Zniosłam je. Czy była łaźnia? Była. Za darmo? Za darmo. A obsługa restauracyjna nie wchodzi w skład pakietu „Ukochana rodzina: light”.
— Żartujesz sobie?! — wrzasnęła szwagierka. — Jesteśmy głodni! Wracamy z podróży! Właśnie byliśmy w łaźni!
— Żannochka — przerwałam jej łagodnie, ale stanowczo. — Kiedy idziesz do fryzjera, płacisz za strzyżenie, prawda? A może mówisz fryzjerowi: „Jesteśmy przecież rodakami, ostrzyż mnie za darmo, a ja ci podziękuję”? Nie. A dlaczego uznałaś, że mój czas, moje produkty i moja praca są warte mniej niż praca fryzjera?
— Jak śmiesz porównywać matkę do fryzjera! — Klauzja Wiktorowna próbowała włączyć syrenę, ale straciła rytm z powodu głodu. — To brak szacunku! To plucie w duszę! Dima! Gdzie jest Dima?!
Dima wszedł do domu, trzymając w rękach talerz z ogromnym, soczystym i aromatycznym stekiem. Odciął kawałek, włożył go do ust i zamrużył oczy z rozkoszy.
— Mamo — powiedział Dima, przełykając ślinę. — Tanya cię ostrzegała. Postanowiłaś to zignorować i przeforsować swoją „autorytetem”. Nie wyszło. Jeśli chcesz coś zjeść — sklep jest trzy kilometry stąd. Jeśli chcesz mięsa — grill jest tam, węgiel mam, sprzedam po kosztach.
— Ty… ty sprzedasz matce węgiel? — wyszeptała teściowa, chwytając się za serce (prawda, po prawej stronie).
— Nauczę cię szanować moją żonę — odparł ostro Dima. — Koniec z darmowym serem, pułapka się zatrzasnęła.
Klaudia Wiktorowna otworzyła usta, by wygłosić tyrady o niewdzięcznych dzieciach, klątwie rodu i walidolu.
— Och, Klaudię Viktorowną, proszę się nie wysilać — przerwałam jej z uśmiechem. — Zaraz powie Pani, że zniszczyłam rodzinę. Ale rodzina, która trzyma się wyłącznie darmowych kotletów, to nie rodzina, a koło zainteresowań układu pokarmowego.
— Odwal się! — krzyknęła Joanna. — Jedziemy, Anton! Nie zostanę tu ani chwili!
Chwyciła torebkę i wybiegła na podwórze. Anton postawał na miejscu, spoglądając z tęsknotą na stek Dimy, westchnął i powlókł się za żoną.
Teściowa stała, próbując zachować resztki dostojności. Ale dostojność nie trzyma się długo na pusty żołądek.
— Nie zapomnę tego — syknęła.
— Ja też — skinęłam głową. — Miłego wieczoru.
Pozostali – Semion i Luda – spojrzeli na siebie. Głód walczył w nich z dumą dokładnie przez trzy sekundy. Głód wygrał przez nokaut.
— Tan, Dim… — Semion podrapał się po karku. — Czy sklep na pewno jest jeszcze otwarty? Jeśli się pospieszymy, kupimy mięso, wino… Pozwolisz nam skorzystać z grilla?
— Jeśli wrzucimy coś do wspólnej puli, to może nawet do rana — odparł Dima, mrugając do mnie.
Wieczorem, kiedy Semion i Luda zmywali naczynia, wyszłam na ganek. Powietrze było czyste i świeże.
Istnieje takie stare powiedzenie: „Jeśli pozwalasz ludziom chodzić po sobie, nie dziw się, gdy zaczną cię poganiać ostrogami. Granice to nie mury, to drzwi: ten, kto posiada klucze szacunku, zawsze wejdzie. A reszta niech sobie głową w nie walą”.
W następną sobotę przyjechali tylko Siemion z żoną. Z pełnymi torbami produktów i nowymi miotłami. Klauzja Wiktorowna zadzwoniła i powiedziała, że ma wysokie ciśnienie. Ale ja wiem: to nie ciśnienie. To po prostu żaba dusi. A żaba to poważna bestia, z nią nie ma dyskusji.

