26 sierpnia 2016 roku 23-letni Thomas Williams zaginął w dzikich terenach pasma górskiego Olympic.

Namiot i pojedynczy but znalezione 20 metrów od rzeki skłoniły śledczych do uznania tej sprawy za wypadek.

Trzy lata później jednak wychudzony mężczyzna, którego uznano za zmarłego, wyczołgał się na drogę nr 1.

To był Thomas.

Głębokie blizny na jego nadgarstkach wskazywały, że prawdziwa przyczyna jego zniknięcia przez cały ten czas umykała śledztwu.

Co tak naprawdę działo się z nim przez cały ten czas? I jaką tajemnicę skrywało to nieprzeniknione gęste zarośla? Dowiesz się tego z tej opowieści.

26 sierpnia 2016 r. o godz. 6:45 rano 23-letni architekt z Seattle, Thomas Williams, zaparkował swój biały SUV na poboczu drogi w pobliżu początku szlaku Soloduct Trail w Parku Narodowym Olympic w stanie Waszyngton.

Tego ranka powietrze było ciężkie od wilgoci, a temperatura, według oficjalnej stacji meteorologicznej w Forks, wynosiła 14°C.

Wśród przyjaciół Thomas uchodził za człowieka metodycznego i skupionego.image

Wśród przyjaciół znany był jako osoba metodyczna i skupiona, która nie znosiła chaosu ani w pracy, ani w życiu.

Jego decyzja o wyruszeniu w trzydniową samotną wędrówkę wynikała z pragnienia całkowitego oderwania się od intensywnego miejskiego rytmu życia i obowiązków zawodowych, które ostatnio wymagały od niego nadmiernego wysiłku.

Jego plan podróży był prosty i jasny.

Miał przejść około 19 km przez gęsty las iglasty, spędzić noc nad brzegiem rzeki Hawk, a następnie wrócić do samochodu najpóźniej wieczorem 28 sierpnia, aby zdążyć na rodzinną kolację o godz. 19:00.

Jak wspomniała później jego matka, Patricia Williams, w protokole przesłuchania, Thomas był niezwykle punktualny i nigdy nie pozwalał sobie na spóźnienie bez uprzedzenia.

Kiedy 28 sierpnia o godz. 19:30 miejsce Thomasa przy stole pozostało puste, a jego telefon komórkowy wciąż wyświetlał komunikat o braku zasięgu, w domu Williamsów zapanowała panika.

Ojciec Thomasa, Arthur, wykonał ponad 15 połączeń telefonicznych w ciągu godziny.

Tego wieczoru o godz. 22:20 oficjalnie zgłoszono zaginięcie Thomasa Williamsa.

Akcja poszukiwawcza rozpoczęła się o świcie 29 sierpnia w trudnych warunkach pogodowych.

Deszcz i porywisty wiatr o prędkości sięgającej 30 mil na godzinę sprawiły, że las olimpijski stał się niemal nieprzejezdny.

Przez 14 dni ratownicy, przewodnicy psów i ponad 50 wolontariuszy przeczesywali każdy kilometr w promieniu miejsca, w którym mógł przebywać architekt.

Sprawdzili każdą skalistą ścieżkę i każde zagłębienie wzdłuż linii brzegowej.

Jak wspomniał później w swoim raporcie jeden z wolontariuszy, niesamowitą ciszę lasu przerywały jedynie szum wody i trzask starych cedrów, tworząc przytłaczającą atmosferę całkowitej niepewności.

Dopiero czternastego dnia poszukiwań udało się odnaleźć architekta.

3 września 2016 r. grupa strażników natknęła się na obozowisko Thomasa w odległym rejonie, 6 mil od głównego szlaku.

Na niewielkim płaskowyżu pośród mchu stał jego namiot.

Z zewnątrz wyglądało to na nienaruszone, ale w środku panował dziwny widok.

Wszystkie rzeczy osobiste Thomasa – plecak, palnik gazowy, śpiwór i zapasy jedzenia na dwa dni – nadal znajdowały się na swoim miejscu.

Śledczy znaleźli głębokie ślady poślizgu na wilgotnej ziemi, prowadzące od wejścia do namiotu prosto do stromego brzegu rzeki Hawk.

W tym miejscu nurt był wyjątkowo silny, a głębokość wody wynosiła ponad 2,5 metra.

Był jednak jeden szczegół, który wzbudził zawodowe obawy detektywów.

Jeden z butów Thomasa leżał 20 metrów od namiotu, w kierunku gęstego zarośla, całkowicie suchy i czysty, jakby ktoś celowo go tam starannie położył.

Nie znaleziono żadnych innych śladów szamotaniny ani obecności osób nieuprawnionych.

Główną rozbieżnością był otwarty notatnik Thomasa.

Thomas zawsze miał zwyczaj sporządzania szczegółowych notatek dotyczących swojego pochodzenia oraz szkicowania terenu.

Jednak wszystkie strony z okresu tej wycieczki były całkowicie puste.

Na kartce nie było ani jednego słowa, ani nawet śladu ołówka, jakby Thomas albo nie zdążył niczego napisać, albo ktoś starannie ukrył jego myśli.

Na podstawie śladów znalezionych w pobliżu wody oraz braku ciała śledczy sformułowali ostateczny wniosek.

Wypadek spowodowany wpadnięciem do rzeki.

Założono, że ciało zostało zniesione przez prąd do Oceanu Spokojnego, co sprawiło, że dalsze poszukiwania okazały się bezowocne.

15 września 2016 r. sprawa Thomasa Williamsa została oficjalnie zamknięta.

Rodzina zorganizowała symboliczne pożegnanie, próbując pogodzić się z faktem, że las na zawsze odebrał im syna.

Jednak otwarty zeszyt z pustymi stronami pozostawał dla nich niemym pytaniem, na które w tamtym czasie nie było logicznej odpowiedzi.

Trzy lata po tym, jak sprawa Thomasa Williamsa została oficjalnie zamknięta, a jego śmierć uznano za skutek wypadku, rodzina nauczyła się żyć w bolesnej ciszy, która każdego dnia przypominała im o tym, że ich strata pozostaje niepełna.

Na lokalnym cmentarzu w Seattle pojawił się symboliczny nagrobek bez zwłok, który stał się dla rodziców jedynym miejscem, gdzie mogli złożyć kwiaty i spróbować pogodzić się ze stratą syna.

Matka Thomasa, Patricia, wspominała w późniejszych wywiadach udzielonych na potrzeby filmu dokumentalnego, że przez pierwsze dwa lata codziennie zaglądała do jego pustego pokoju, mając nadzieję, że to tylko pomyłka lub że nastąpi cud.

Z czasem jednak nadzieja przerodziła się w ogłuszającą apatię.

Życie Williamsów stało się monotonną rutyną wspomnień, aż do 14 października 2019 roku o godz. 4:00 rano.

To złudzenie ostateczności zburzył kierowca ciężarówki o imieniu Gary Miller, który przewoził ładunek drewna autostradą nr 101 w kierunku miasta Port Angeles i w świetle potężnych reflektorów dostrzegł dziwną postać na poboczu drogi.

Zgodnie z zeznaniami Millera, zapisanymi w raporcie patrolu drogowego hrabstwa Clum, mężczyzna stał nieruchomo przy znaku milowym 191, na samym skraju asfaltu i nieprzeniknionej ściany lasu, nie próbując zatrzymać ciężarówki ani nawet gestem zwrócić na siebie uwagi.

Jego sylwetka była tak wychudzona, że kierowca początkowo pomylił ją z poskręcanym pniem drzewa lub grą cieni rzucanych przez wielowiekowe cedry.

Ubranie mężczyzny, składające się z brudnej flanelowej koszuli w kratę i obcisłych ciemnych spodni, wydawało się o kilka rozmiarów za duże i wisiało na nim niczym na szkielecie.

Kiedy Miller zatrzymał samochód i podszedł bliżej, dostrzegł mężczyznę o długich, splątanych włosach i gęstej brodzie, którego wzrok był skierowany w pustkę.

Kiedy poproszono go o pomoc, nieznajomy nie odpowiedział ani słowem.

Nie mrugnął nawet okiem, gdy promień światła padł mu na twarz.

20 minut później na miejsce zdarzenia przybył patrol zastępcy szeryfa Davida Rossa.

W swoim oficjalnym raporcie Ross odnotował, że od mężczyzny wydobywał się ostry zapach wilgoci, starego drewna i długotrwałego zaniedbania higieny, a jego skóra miała chorobliwy, blady, niemal przezroczysty odcień, typowy dla osób, które przez długi czas były całkowicie pozbawione naturalnego światła słonecznego.

Poszkodowany został natychmiast przewieziony na oddział ratunkowy szpitala Forks Community Hospital.

By admin

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *