Nauczycielka matematyki mieszkała w naszym domu ze swoją córką. Urodziła dziecko dość późno i, jak to się mówi, dla siebie. Dziewczynka była słodka, skromna, dobrze się uczyła. Zawsze była schludnie ubrana, dobrze wychowana i zupełnie nie przypominała swoich rówieśników. Jej matka marzyła, że córka dostanie się na jakąś prestiżową uczelnię i zbuduje wielką karierę. Ostatnio jednak dowiedziałam się, że 16-letnia dziewczyna zakochała się w 25-letnim chłopaku. Zapomniała o nauce, nie posłuchała matki i postanowiła wyjść za mąż. Nigdy wcześniej nie umawiała się z facetem. To był jej pierwszy mężczyzna.
Jej matka nie była z tego powodu szczęśliwa. Poznała faceta na portalu społecznościowym. Między nimi podejrzanie szybko zaczęła się relacja, a po 3 miesiącach on zaproponował małżeństwo. Przyszedł do ich domu i czuł się jak u siebie. Opowiadał o sobie, że przyjechał do stolicy w poszukiwaniu lepszego życia, ale zobaczył ją i zakochał się. Córka zaczęła się zmieniać na gorsze: zaczęła być nieuprzejma dla matki, robić wszystko po swojemu i zażądała od matki, żeby sprzedała ich mieszkanie i kupiła jej kawalerkę.
Oczywiście wiadomo było czyj to plan, bo córka sama nie potrafiła o tym pomyśleć. Przyszły zięć potrzebował dachu nad głową. Potem było już tylko gorzej, bo córka postawiła ultimatum: “albo zamieniasz mieszkanie, albo odchodzę z domu”. Nauczycielka była mądrą kobietą i postawiła na swoim. Córka się wyniosła.
Żal mi jej matki: wychowywać i kształcić, a na koniec na starość nie dogadać się z jedyną córką.


