Pewnego dnia, gdy wyszłam na zewnątrz, zobaczyłam szlochającą sąsiadkę. Podeszłam do niej, zapytałam co się stało, a ona powiedziała, że jej syn odszedł. Zapytałam gdzie odszedł, ale nie odpowiedziała. Wtedy zrozumiałam, co się stało. Nie spodziewałam się, że zwykły, na pierwszy rzut oka, dzień może zacząć się od tak smutnej wiadomości.
Ale szkoda mi chłopaka… Pamiętam jak kilka lat temu biegł z moim synem, byli dobrymi przyjaciółmi, ale mój syn wyjechał do miasta na studia, a syn sąsiadów został z matką, z którą z różnych powodów kłócił się prawie codziennie. Warto zaznaczyć, że to moja sąsiadka zaczynała te kłótnie. Jej syn był taki młody, całe życie przed nim, a żył z matką w ciągłych kłótniach. Młodzi ludzie w dzisiejszych czasach często wyrastają na nieszczęśliwych, szkoda mi ich. Zebrałam wszystkie sąsiadki i razem poszłyśmy do sąsiadki z plackami, żeby nie była samotna.
Nie sądzę, żebyśmy pomogli jej przetrwać stratę bliskiej osoby, ale mimo wszystko miała przynajmniej z kim porozmawiać… Sąsiadka przedstawiła sytuację w ten sposób, że wszyscy myśleli, że jej syn odszedł z tego życia… Podczas biesiady powiedziała, że jej syn żyje, tylko spakował się i wyjechał do innego miasta, mówił, że chce być wolny i niezależny. Nawet nie wiem… od tego momentu miałam jakieś pretensje do sąsiadki, że wystraszyła całą wieś, choć być może to była po prostu wina niedomówienia.

