Anya nawet nie zauważyła, że do mieszkania zmarłej babci Katji wprowadzili się nowi lokatorzy. Po prostu rano wpadła na nich na klatce schodowej. Zamykała drzwi, kiedy otworzyły się drzwi sąsiedniego mieszkania i najpierw pojawił się mężczyzna, a za nim chłopiec z ogromnym plecakiem na plecach. „Pierwszoklasista” – stwierdziła Anya i postanowiła się przywitać.
Odkąd Anya sięgała pamięcią, w tym domu tak było przyjęte. Witano się nawzajem. I to nie tylko w tej klatce schodowej, ale w całym domu. Dom był jeden, podwórko wspólne, wszyscy się znali.
„Dzień dobry” – Anya uśmiechnęła się do chłopca, który spoglądał na nią spod zmrużonych powiek.
„Gąsieniczka” – mimowolnie przyszło jej do głowy.
– Dzień dobry – odpowiedział mężczyzna.
– Państwo są nowi? – Anya pomyślała, że powiedziała coś głupiego, bo przecież wiadomo, kim oni są, ale trzeba jakoś podtrzymać rozmowę. Rozmówca najwyraźniej nie był w nastroju do rozmowy i odparł krótko:
– Tak – zwrócił się do syna – Sanka, chodźmy szybko, bo się spóźnimy.
Anya patrzyła im za okiem. Coś ją niepokoiło, wydawało się, że mężczyzna i dziecko nie są razem, jakby byli sobie obcy.
„Anya, to nie twoja sprawa” – powiedziała do siebie.
– Kto wie, co się między nimi wydarzyło… Nie, a może to… Co za głupie myśli przychodzą mi do głowy. Dziecko chodzi do szkoły, tam na pewno sprawdzili wszystkie dokumenty…”.
***
Jesień przeciągała się deszczami i zimnym wiatrem. Anya od czasu do czasu spotykała rano sąsiadów. Zawsze to samo…
– Dzień dobry. Sanka, cześć.
Odpowiadał tylko tata.
Anya raz nazwała Sankę Saszenką, dziecko zadrżało górną wargą, ojciec przytulił je do siebie i nie patrząc na sąsiadkę, cicho powiedział jej:
– Sanka. On nie mówi.
– Przepraszam, nie wiedziałam – zaniepokoiła się Anya. Potem przez cały dzień w pracy rozgrywała tę sytuację. „Może mama nazywała chłopca Saszenką? I nie mówi… biedne dziecko…”
W jeden z ponurych jesiennych wieczorów dzwonek do drzwi wyrwał Anyę z oglądania serialu. Upiekła sobie ulubione naleśniki, otworzyła słoik dżemu truskawkowego, wygodnie usiadła na kanapie i właśnie podniosła naleśnik do ust, gdy zadzwonił dzwonek. Anya ze smutkiem spojrzała na naleśnik i odłożyła go. Za drzwiami stał sąsiad. Zaniepokojony.
-Przepraszam…
-Anna…
-Co? – nie zrozumiał mężczyzna.
– Nazywam się Anna – odpowiedziała dziewczyna.
– Ach, tak… przepraszam, Anna, nie masz przypadkiem termometru? Sanka chyba ma gorączkę, a nasz termometr się zepsuł…
Mężczyzna mówił coś jeszcze, ale Ania już biegła do apteczki:
– Proszę wejść – krzyknęła. Wyjęła termometr, na wszelki wypadek, i środek przeciwgorączkowy. Odwróciła się i zobaczyła spojrzenie sąsiada skierowane na stos naleśników. „Pewnie nie mieli czasu, żeby coś zjeść, a kto miałby im gotować” – Ania odłożyła kilka naleśników dla siebie, a resztę podała mężczyźnie. Widać było, że czuje się niezręcznie.
„Proszę, weźcie, naleśniki to najlepsze lekarstwo. Jest jeszcze dżem. Chodźmy leczyć chorego” – rozkazała Anya. Mężczyzna uśmiechnął się, a Anya zauważyła, że jest całkiem przystojny.
Sanka nadal spoglądał ukradkiem na Anię. Ale tata był obok, więc można było zaufać obcej cioci. Temperatura była niewielka, ale Anya poradziła, żeby jednak wezwać lekarza.
Mężczyzna skinął głową:
– Jutro po pracy zadzwonię…
– To znaczy z pracy? – zdziwiła się Ania. – A kto będzie siedzieć z dzieckiem? Kto otworzy drzwi lekarzowi?
– On jest przyzwyczajony… Muszę pracować. Sanka jest dorosły. Poradzi sobie.
Ale Ania była nieugięta:
– Nie, jak ci tam ojciec…
– Siergiej…
– Dobrze, Siergiej. Nie, jeśli nie będziesz się martwić o swojego syna tutaj, to ja będę się zamartwiać o niego!
– Anno, rozumiem, co chcesz powiedzieć. Ale nie mamy babć, ciotek ani innych krewnych, a ci, którzy są, mieszkają bardzo daleko od nas. Muszę pracować. Sanka…
-Siergiej, poczekaj – przerwała Anya. – Zrozum, jutro przyjdzie pediatra, a małe dziecko, chore dziecko, będzie samo w domu. Jak myślisz, jak ona zareaguje? Zróbmy tak, zamienię się zmianami i jutro zostanę z Saszą.
– Będziesz musiała potem wychodzić w nocy? – zapytał cicho Siergiej.
– Nie powinno cię to martwić – odcięła Anya. – Jutro o ósmej będę u ciebie.
***
Tak minął tydzień zwolnienia lekarskiego Sanki. Nadal milczał. Ale już z zainteresowaniem słuchał cioci Anyi. Jakże smakowały mu jej naleśniki, kotlety… Najpierw się wstydził, ale potem się rozkręcił. Anya po raz pierwszy poczuła łzy w oczach, patrząc na to. Nagle pogłaskała chłopca po głowie: „Mój wróbelku”. A on zamarł, oczy wypełniły mu się łzami i nagle zaczął płakać. Anya przestraszyła się:
– Co się stało, mój mały… Nie płacz…
Sanka wyzdrowiał. Znów sąsiedzi spotykali się od czasu do czasu rano na klatce schodowej. Teraz z uśmiechami, tylko Sanka milczał. Tak dotrwali do zimy. Po prostu sąsiedzi. Pewnego razu Ania wracała do domu z pracy, zrobiła zakupy w sklepie. Szła, ciągnęła ciężkie torby i powtarzała sobie, że trzeba być taką głupią, żeby kupić tyle rzeczy… Sania wynosił śmieci, zobaczył ciocię Anię, podszedł i bez słowa pociągnął jedną torbę do siebie.
-Sania, ona jest cięższa od ciebie – Ania była zadowolona, że chłopiec chce jej pomóc. Ale Sania uparcie ciągnął torbę do siebie.
– Dobrze – poddała się Ania. – Tylko jeśli się zmęczysz, zatrzymaj się, odpocznij.
Sania, o dziwo, spokojnie zaniósł torbę. To Ania wlokła się gdzieś z tyłu, po raz kolejny wyrzucając sobie nierozsądność swoich działań.
– Och, Sancza, jesteś moim bohaterem – wypuściła w końcu z ust. – A bohaterowie zasługują na nagrodę. Poczekaj – Ania wyjęła z jednej z toreb kupioną czekoladkę i podała chłopcu. Oczy dziecka zabłysły i… uśmiechnęło się. To była najlepsza nagroda dla Ani. Ale nie zdążyła zdjąć butów, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi.
Siergiej wyciągnął tę samą czekoladkę:
– Anno, rozpieszczasz Sankę.
– Ale co ty, poważnie? – Anya z jakiegoś powodu się zdenerwowała. – Żebyś wiedział, że ta czekolada to nagroda dla bohatera!
– Nagroda? Bohatera? – Sergey spojrzał na dziewczynę z niedowierzaniem.
– Podnieś tę torbę! Ciężka? A teraz wyobraź sobie, jak Sanka ją ciągnął. I to sam zaproponował pomoc.
– Sam? On co… przemówił? – W oczach Siergieja pojawiła się taka nadzieja, że Anya poczuła się niezręcznie.
– Nie… po prostu podszedł i wziął torbę – spojrzenie Siergieja zgasło. – Siergiej, nie martw się, wszystko będzie dobrze.
– Dziękuję – odpowiedział jakoś zagubiony Siergiej i wyszedł z jej mieszkania.
***
Urodziny Ani były pod koniec listopada. Po otrzymaniu gratulacji w pracy i bukietów kwiatów dziewczyna w doskonałym nastroju zbliżała się do domu. Z klatki wyszedł kobieta trzymająca Sanka za rękę. Za plecami Sanka wisiał szkolny plecak. „Trochę późno na szkołę” – pomyślała Ania.
„Dzień dobry. Cześć, Sania” – przywitała się. „A gdzie twój tata?”.
„My też chcielibyśmy wiedzieć, gdzie jest jego tata” – odpowiedziała kobieta z wyrzutem w głosie.
„Przepraszam, kim pani jest?”.
„Jestem nauczycielką… Tata zawsze odbierał Sashę o czasie, a dzisiaj nie przyszedł i nie odbiera telefonu”. Co mam zrobić, zabrać go do siebie? Dziecko milczy… Ile razy mówiłam ojcu, żeby przeniósł go do szkoły specjalnej…
Anya nie polubiła nauczycielki:
– Wie pani co… Sasza zostanie na razie u mnie.
– Jest pani pewna? – zapytała nauczycielka, choć widać było, że z radością pozbyłaby się tego ciężaru.
***
– Sania, nie mam dzieci, więc przebierz się w strój gimnastyczny. Dobrze, że masz go ze sobą. Zaraz będziemy jeść i pić herbatę z ciastkiem. Lubisz ciastka? Ja też lubię. Jutro masz wolne, masz zadania domowe? W takim razie jutro je zrobimy.
Zadając pytania, czasem odpowiadając sobie sama, Anya rozmawiała z Sanka. Czasami chłopiec patrzył na nią uważnie, kilka razy skinął głową. Anya cieszyła się, to małe kroki do wielkiego zwycięstwa.
Kiedy chłopiec zasnął, Anya wyjęła jego telefon, w którym był jeden kontakt: TATA. Anya przepisała go do swoich kontaktów. Kilka razy dzwoniła, ale abonent był poza zasięgiem sieci. Wysłała SMS-a, że Sania jest u niej. Anya ogarnął niepokój o Siergieja.
„Boże, oby wszystko się dobrze skończyło!”
***
Rano zadzwonił telefon. Dzwonił Siergiej.
– Siergiej – niemal krzyknęła Anya. – Gdzie jesteś? – Tak się martwiła, że nie zauważyła, iż przeszła na „ty”.
– Anno – odpowiedział Siergiej z łzami w głosie – jestem w szpitalu…
– Jak to? Co się stało? – Anya starała się mówić jak najciszej, bo Sania spał.
– Samochód wjechał na chodnik… Anno, Anya… proszę… Sania…
– Nie martw się, leczyć się. W jakim jesteś szpitalu? Sania zostanie u mnie.
– Dziękuję… Tylko nie mów mu, że jestem chory… On nadal nie może dojść do siebie po śmierci mamy…
Anya poczuła się źle… Ile ten mały przeszedł? Jak mu pomóc?
Sanka powiedziała, że tata ma dużo pracy i jest daleko. Sergey dzwonił do syna, rozmawiał z nim, ale Sanka tylko słuchał.
***
Anya wzięła dwa tygodnie urlopu. Odprowadzała Sanka do szkoły i odbierała go stamtąd. Spacerowała z nim. Bawiła się. Razem gotowali. Sanka zaczął częściej się uśmiechać, czasem nawet się śmiał. Anya opowiadała o tym wszystkim Siergiejowi, kiedy odwiedzała go w szpitalu. On już inaczej patrzył na swoją sąsiadkę.
– A jeszcze kupiliśmy z Sashą ozdoby choinkowe. Sam je wybrał. Seryż, widziałbyś, jak się cieszył.
– Anya, dziękuję, nie wiem, jak sobie poradziłbym bez ciebie – Sergey objął dziewczynę, a ona zamarła.
– Poradziłbyś sobie – odpowiedziała dziewczyna i spojrzała mu w oczy. Oboje zrozumieli, że to początek nowego etapu w ich życiu.
***
– Sanka, tata przyjedzie za dwa dni – Anya i Sanka sprzątały mieszkanie. – Przyjedzie, a tu czysto, ani kurza. Pójdziemy jeszcze do sklepu, bo lodówka pusta.
Zima jest podstępna. To śnieg zasypie, to lodowisko zrobi. Anya poślizgnęła się i upadła. Na chwilę wszystko pociemniało jej przed oczami, a w tym samym momencie jej świadomość rozdarł krzyk Sanka:
– Mamo! Mamo! – Sanka upadł obok na kolana i próbował podnieść Anyę. Płakał w niebogłosy, powtarzając:
– Mamo! Mamo!
Anya, czując ból w nodze, próbowała usiąść, ktoś z przechodniów pomógł jej wstać:
– Sashka, mój mały, Sashka – płakała Anya, całując chłopca.
***
Na szczęście to tylko silne skręcenie. Nie udało się jednak spotkać Siergieja. Anya postanowiła nie mówić mu, że Sani zaczął mówić. A on gadał bez przerwy, jakby chciał wyrzucić z siebie wszystko, co nagromadziło się przez jakiś czas. Anya namówiła Sani, żeby zrobił tacie niespodziankę.
Sani sam otworzył ojcu drzwi. Anya miała bolącą nogę. Siergiej usiadł przed synem, objął go i nagle…
– Tato…
Siergiej nie mógł uwierzyć:
– Co? Powtórz…
– Tato… tato, cześć…
– Sa… Sani! – krzyknął ojciec, podniósł syna i zakręcił nim. Sani krzyczał i śmiał się. Anya patrzyła na nich, ocierając łzy. Sergey zatrzymał się, przytulił syna do siebie i zobaczył Anię:
-Dziękuję…
***
Nowy Rok świętowali razem. Najszczęśliwszy był Sani, który znów miał mamę!

