Lekarz dyżurny, po zbadaniu pacjentki, przeciwnie się przeciągnął i podszedł do okna. Na ulicy padał pierwszy śnieg w dużych płatkach. Lekarz zapalił papierosa i zwrócił się do pielęgniarza:
— Co robimy? Ona jest już lodowata, nie ma sensu się nią zajmować.
Wiktor podszedł do noszy i sprawdził puls. Nie wyczuwał go, ale rzęsy kobiety zdawały się drgać. Odgarnął z jej twarzy kosmyk mokrych włosów i zamarł – twarz wydawała mu się znajoma.
„Julia?” – pomyślał, ale natychmiast odrzucił tę myśl. Julia miała zadbaną, okrągłą twarz z dołeczkami na policzkach, które pogłębiały się, gdy się uśmiechała. A przed nim leżała wycieńczona włóczęga w nieznanym wieku.

Kiedy Wiacia stał przy noszach, dyżurny lekarz już wezwał sanitariuszy z kostnicy. Przenieśli oni martwe ciało na swoje nosze, przykryli je kostnicowym prześcieradłem i wywieźli korytarzem. Doktor z satysfakcją dokończył papierosa i już chciał wyjść z izby przyjęć, gdy nagle zauważył, że nie przekazał sanitariuszom teczki z paszportem i dokumentami towarzyszącymi. Sanitariusze wsiedli już do windy i zjeżdżali do piwnicy.
— Wia, — zwrócił się do niego — dokumenty utopionej kobiety zostały tutaj. Zanieś je proszę do kostnicy, a potem możesz się zdrzemnąć — powiedział ziewając.
Witia wziął dokumenty i, żeby nie czekać na windę, poszedł na schody. Na półpiętrze między piętrami świeciła jasna lampka i zauważył w górnej linii listu towarzyszącego dane pacjentki: Saar Julia Gennadievna, urodzona 17 marca 1994 roku. W środku teczki leżał wilgotny paszport, w którym ocalała tylko laminowana strona z danymi i zdjęciem. Pieczątki dotyczące zameldowania i innych wydarzeń były rozmyte.
Witia zaczął drżeć. Witia i Julia urodzili się w tym samym roku, a nawet w tym samym miesiącu. Była od niego starsza o kilka dni. Mieszkali w mieszkaniach naprzeciwko siebie i chodzili do tej samej grupy przedszkolnej. Chłopiec i dziewczynka od wczesnego dzieciństwa byli przekonani, że są spokrewnieni.
Julia była bardzo zaskoczona, gdy w ich domu pojawił się mały Tima i powiedziano jej, że to jej brat.
— Jaki brat? — zdziwiła się. — A kim jest dla mnie Wiacia?
Rodzice z jakiegoś powodu roześmiali się i powiedzieli, że Wiacia to sąsiad. Ale jak teraz wyjaśnić koleżankom w przedszkolu, że Wiacia wcale nie jest jej bratem, jak im mówiła, tylko jakimś sąsiadem?

Mniej więcej taka sama historia wydarzyła się w rodzinie Wity, kiedy urodziła się jego siostrzyczka Tania. Tata powiedział, że Wity, jako starszy, będzie musiał ją chronić i bronić. Chłopiec zapytał:
— A co z Julią?
— Julia? — nie zrozumiał ojciec.
— Kto będzie chronił Julię, skoro teraz potrzebuję Tani?
Tata uśmiechnął się:
— Myślę, że potrafisz chronić zarówno Julię, jak i Tanię. Jesteś przecież dzielnym chłopcem.
Chłopiec skinął głową, a tata dodał:
— Ale nie zapominaj, że Julia jest tylko sąsiadką, a Tania — twoją rodzeńską siostrą.
Wiacia również był zaskoczony słowem „sąsiadka”. Myślał, że odnosi się ono tylko do babć mieszkających na pierwszym piętrze. A co ma z tym wspólnego Julia, z którą znają się od dzieciństwa?
Kiedy nadszedł czas pójścia do szkoły, trafili do równoległych klas i zrobili rodzicom awanturę.
„Nie pójdę do szkoły!” – krzyczała Julia. „Posadzili mnie tam z jakimś grubym chłopcem, który podczas lekcji wyjmuje z tornistra jedzenie i je. Chcę siedzieć z Wiącią!”.
Wiać nie tylko wyrażał swoje pretensje, ale także proponował konstruktywne rozwiązanie problemu.
— Nie pójdę więcej do tej waszej szkoły! — oświadczył Wia. — W klasie jest tyle dziewczyn, niech choć jedną zamienią na Julię.
Rodzice zwrócili się do dyrekcji szkoły i dzieci zostały zapisane do jednej klasy, a nawet posadzono je przy jednej ławce, pod warunkiem, że nie będą rozmawiać podczas lekcji. Wiacia i Julia obiecali i tak uczyli się przez całą szkołę podstawową przy jednej ławce, bojąc się, że znowu rozdzielą ich do różnych klas.
Naprawdę nie odważali się rozmawiać ze sobą podczas lekcji, ale za to na przerwach nie mogli się naopowiadać. Tym, którzy dokuczali, Wiacia tłumaczył, że Julia jest jego siostrą, tylko nie biologiczną. Ale chłopcy nie poddawali się i w końcu się poddał.
„No dobrze, narzeczony to narzeczony” – pomyślał.
„Kiedy dorosnę, naprawdę ożenię się z Julią, wtedy zobaczą”. Wia jeszcze sam nie wiedział, co mieli zobaczyć. Ale myśl o przyszłości u boku Julii uspokajała go.
W wieku nastoletnim Julia niespodziewanie zyskała wielbicieli z równoległej klasy i starszych klas. Czekali na nią z Witą w pobliżu szkoły i kiedy wracali do domu, próbowali wyrwać młodą piękność z rąk jej wszechobecnej ochroniarzki. Witka bronił się plecakiem i wszystkim, co wpadło mu w ręce. Julia początkowo też mu pomagała, ale pewnego razu po lekcjach nagle powiedziała:
— Wiesz, nie odprowadzaj mnie.
– Dlaczego? – zdziwił się Wia. – Przecież to dla twojego dobra. Nie masz jeszcze dość walki?
Ona tylko wzruszyła ramionami, a Wia mruknął:
– Jak chcesz.
Wyszedł ze szkoły i mijając grupę starszych chłopców, schował się za rogiem ogrodzenia. Obok szkoły budowano przedszkole. Po chwili zobaczył, jak Julia wybiegła ze szkolnego dziedzińca do grupy koleżanek, pomachała do kogoś z tłumu nieznanych chłopców i poszła dalej w towarzystwie długonogiego koszykarza Roberta, który był sportową dumą szkoły. Oszołomiony Wiacia, żeby nie krzyknąć, zacisnął zęby na pięść i stał tak, dopóki śmiejąca się para nie zniknęła za zakrętem.
Od tego czasu Wiacia i Julia stali się niemal wrogami. Przynajmniej chłopak prawie nie rozmawiał z nią, chociaż koleżanka próbowała go rozbroić.

Po szkole Julia wyszła za mąż za tego samego koszykarza i wyjechała z nim do innego regionu, gdzie jej mężowi zaproponowano miejsce w obiecującej drużynie. Jej mama, przyjaciółka matki Wity, ciągle opowiadała o ciągłych podróżach młodej rodziny po kraju, o zawodach za granicą, na które Yulia zawsze towarzyszyła mężowi, o jej szczęśliwym życiu. Witia słuchał jednym uchem, uważał Julię za zdrajczynię i nazywał ją kozą. Chociaż gdzieś w głębi duszy nadal marzył, że ona opamięta się, odejdzie od swojego sportowca i zostanie jego żoną.
Sam wstąpił do medycznego instytutu na wydział medycyny sportowej. Zawsze podziwiał pracę lekarzy podczas zawodów bokserskich i marzył, że też będzie leczył rany lub reanimował znokautowanych sportowców na ringu.

Ale na ostatnim roku studiów, kiedy do osiągnięcia celu pozostało zaledwie kilka miesięcy, w rodzinie wydarzyła się tragedia: nagle zmarł ojciec. Matka z powodu przeżyć zapadła na zdrowiu, a na barki Wity spadły troski nie tylko o nią, ale także o młodszą siostrę Tanę, która nie ukończyła jeszcze szkoły. Witya szybko zdał sobie sprawę, że aby wyżywić rodzinę, będzie musiał wziąć urlop dziekański i znaleźć poważną pracę.
W instytucie otrzymał dokument potwierdzający jego kwalifikacje i podjął pracę jako sanitariusz w szpitalu pogotowia ratunkowego. Nowicjusza od razu skierowano na oddział intensywnej terapii, gdzie często musiał reanimować umierających i opatrywać rany. „No cóż, to nie ring, ale też szlachetna praca” – myślał Wiktor, wyprowadzając kolejną ofiarę wypadku drogowego ze stanu szoku. Nawet nie marzył o czymś takim i zastanawiał się, czy powinien realizować swój cel, czy pozostać na oddziale intensywnej terapii i pomagać zwykłym ludziom.
A teraz Yulia, wychudzona i brudna, była wywożona do kostnicy!
Wiktor dogonił sanitariuszy i zatrzymał nosze:
– Chłopaki, stop! Pomyłka. Natychmiast zabierzcie ją na oddział intensywnej terapii.
– Co ty? Paweł Siergiejewicz wyraźnie napisał: śmierć z wyziębienia.
— Proszę poczekać — krzyknął sanitariusz, widząc, że sanitariusze już zebrali się, aby wepchnąć wózek do lodówki.
Sam go obrócił i zaciągnął z powrotem do windy.
— Wiktor Nikołajewicz, to pańska odpowiedzialność — powiedział starszy.
— No oczywiście — krzyknął do nich Wia.
Na oddziale intensywnej terapii leżały tylko dwie pacjentki: babcia z zawałem serca i młoda kobieta z urazem czaszkowo-mózgowym. Wiktor podniósł Julię na ręce – była lekka jak nastolatka – i przeniósł ją na wolne łóżko. „Nie wygląda to dobrze” – pomyślał, starannie owijając pacjentkę suchym ręcznikiem i obcinając jej długie, mokre włosy tak krótko, jak to możliwe. Następnie owinął jej głowę ręcznikiem i podłączył kroplówkę z preparatem wzmacniającym i elektrolitami.
Stan był ciężki, ale stabilny: temperatura ciała spadła do krytycznego poziomu, puls ledwo osiągał 40 uderzeń na minutę, ciśnienie krwi było niskie.
Patrzył na Julię i nadal nie mógł uwierzyć, że to ona. Cienka, siniaca skóra ściśle przylegała do jej ciała, nic w jej wyglądzie nie wskazywało na szczęśliwe życie, o którym z takim entuzjazmem opowiadała matka Julii. Nagle Wiaćko usłyszał za plecami niezadowolony głos lekarza dyżurnego:
— Wiośku, co tu się dzieje?
— Pawle Siergiejewiczu, pacjentka nadal żyje. Proszę sam pan spojrzeć — wskazał na monitor.
— Chwileczkę, nie rozumiem, przecież zabrali ją sanitariusze z kostnicy. Jak znalazła się na oddziale intensywnej terapii?
Wiktor musiał się przyznać:
— To ja ich dogoniłem i zawróciłem karetkę.

— Chcesz mnie wsadzić do więzienia? Za nieudzielenie pomocy lub niewykonanie obowiązków służbowych? O to ci chodzi? — rozgniewał się doktor Paweł Siergiejewicz.
— Nie miałem złych intencji, po prostu… ta dziewczyna jest moją kuzynką — spuścił głowę Witya.
Lekarz oniemiał, nie mógł sobie wyobrazić, że jakaś bezdomna kobieta może być normalnym człowiekiem, a do tego krewna jego pracownika.
— Dlaczego nie pilnowałeś jej, Wiośku? Jak doszła do takiego stanu? — zapytał lekarz.
– Nie wiem – przyznał Wia. – Czekam, aż dojdzie do siebie.
– No dobrze – lekarz potarł dłonie. – Skoro jest ci tak droga, załatwię jej dobry lek, a nie tę maść.
Wyszedł gdzieś i wrócił z nową fiolką. Witya wymienił kroplówkę i gorąco podziękował szefowi:
— Dziękuję panu, Pawle Siergiejewiczu, jestem panu wdzięczny.

— Nie ma za co — odpowiedział lekarz. — W końcu jestem lekarzem — i ponownie wyszedł odpocząć.
Wiktor poczekał, aż roztwór całkowicie wypłynie z organizmu, wyjął igłę z żyły i opadł na krzesło obok łóżka, zamykając oczy. W głowie krążyły mu tysiące myśli, uniemożliwiając mu nawet na chwilę wyłączenie się i odpoczynek.
Nagle przypomniał sobie słowa ojca wypowiedziane w odległym dzieciństwie: „Myślę, że będziesz w stanie ochronić Julię i Tanię. Jesteś dzielnym chłopcem”. Szepnął: „No cóż, tato, musiałem” i zasnął.
Nad ranem obudził go jęk. Julia ciężko oddychała i powtarzała w kółko to samo słowo: „Dlaczego?”. Wia podszedł bliżej.
„Julia, Julia” – zawołał cicho.
Ona otworzyła oczy i najwyraźniej nie rozpoznawszy go, powiedziała ledwo słyszalnym głosem:
„Dlaczego mnie uratowaliście? Nie chcę żyć”.
– To ja, Wia. Uspokój się, wszystko w porządku.
Spojrzała na niego i zaczęła płakać:
– Wia, nie chcę…
Zrobił jej zastrzyk uspokajający i znów usiadł obok. „Co oznaczają jej słowa? Czy ona próbowała popełnić samobójstwo?” – myślał ponuro. „Co ją do tego skłoniło?”. Po zakończeniu zmiany Wiktor poprosił dyżurną pielęgniarkę, aby zwróciła szczególną uwagę na Julię. Zmienniczka obiecała mieć na nią oko i w razie czego natychmiast zadzwonić.
Po powrocie do domu Wiktor najpierw zadzwonił do drzwi naprzeciwko.
„Anno Pietrowna, czy długo znasz Julię?” – zapytał matkę Julii.

„Nie tak długo, chyba przedwczoraj. Powiedziała, że wyjeżdżają za granicę i przez jakiś czas nie będzie dzwonić. A co się stało?”
– Cóż, jak to powiedzieć… przyjęliśmy pacjentkę, która jest do niej bardzo podobna. Ale skoro Julia jest za granicą, to nie ona – odpowiedział i chciał odejść, ale kobieta złapała go za rękaw.
— Poczekaj, Witenka, coś mnie niepokoi, rozumiesz? Jej głos przez telefon był jakiś dziwny. Zapytałam, co się stało, a ona odpowiedziała: „Nie martw się, to tylko katar, nic poważnego”. Ale potem długo miałam złe przeczucia, jakby powiedziała mi nieprawdę. Matczynego serca nie oszukasz.

Witia uspokoił ją jak mógł i w końcu poszedł do domu. Wieczorem zadzwoniła zmienniczka:
— Witia, twoja siostra próbowała wyskoczyć przez okno, ledwo ją zatrzymaliśmy. Boję się, że przeniosą ją do wariatkowa.
Wiktor natychmiast pobiegł tam. Julia leżała pod kroplówką, ale widząc go, odwróciła się do okna, z czego wywnioskował, że go rozpoznała.
– No, porozmawiamy?
Milczała.
– Twoja mama mówiła, że niedawno chciałaś wyjechać za granicę.
– Mama… no tak, oczywiście. Ona jest przekonana, że wszystko ze mną w porządku. Jej córka nie może być inna – nagle odezwała się Julia. – A ja… ja przez cały czas kłamałam. Nigdzie nie pojechałam z moim Robertem, bo on mnie nie zabrał. Mówił, że nie ma sensu, żebym nudziła się w mieszkaniu w obcym mieście. A ja nudziłam się w swoim mieście. Nie mam zawodu, nie mam wykształcenia. Jedyna droga – praca na targu. Znalazłam tam pracę. A kiedy mój mąż się dowiedział, wpadł w szał, pobił mnie do krwi. Mówił, że jeszcze tego brakowało, żeby moja żona pracowała jako sprzedawczyni. A ja mu na to: „Lepiej być handlową niż siedzieć cały dzień w klatce”. Potem zupełnie się zdziczał, chyba miał kochankę. A mnie obwiniał za wszystko: że w jego drużynie nie układa się dobrze, że przegrywają zawody. W końcu odeszłam od niego, ale rodzicom nadal mówiłam, że wszystko jest w porządku.
Mieszkałam w hostelu z imigrantkami, odżywałam się byle jak, zepsułam sobie żołądek. W końcu zaczęłam chorować i chudnąć, i przestali mnie wystawiać do sprzedaży produktów spożywczych – mówiąc, że nie prezentuję się dobrze. Przeszłam do handlu pamiątkami, ale zarobki były tam bardzo niskie. Kiedy udało mi się zarobić przyzwoitą sumę, wydawałam ją na leki. Im dalej, tym było gorzej. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że nie mogę już chodzić do pracy i postanowiłam: będzie co będzie, pojadę do domu, pokutuję. Nie wyrzucą mnie przecież z domu. Jak dotarłam tutaj – to osobna historia, nawet nie chcę o tym wspominać.

I idę po moim rodzinnym mieście, myślę: „No w końcu jestem w domu”. I w tym momencie dzwoni mama: „Córeczko, jak się masz?”. Nie mogłam się przyznać, jak i gdzie jestem. Zaczęłam znowu opowiadać, że jesteśmy już na lotnisku, że wkrótce lecimy. I nagle widzę naszego nauczyciela stojącego na chodniku, słuchającego moich bzdur i patrzącego na mnie z niedowierzaniem, a nawet z obrzydzeniem. Szybko pożegnałam się z mamą i uciekłam. Biegłam, a było mi tak wstyd, tak obrzydliwie. Komu potrzebna jest taka kłamliwa osoba? Mamie, bratu Dimce? Przecież umrą ze wstydu, gdy zobaczą, jaka krewna się do nich zgłosiła. Dotarłam do mostu i rzuciłam się do rzeki. A wiesz, co było najgorsze? Woda była paląco zimna, cała mnie skurczyła. A ja, rozumiesz, nie tonę. Miałam nadzieję, że woda nasiąknie ubranie i pociągnie mnie na dno, ale to nie działało. Zębami szczękałam, nie wiem, ile tam się miotałam, aż straciłam przytomność.
Wia otarł pot z czoła.
— Ach, Julka, co ty sobie zrobiłaś i dla kogo? Dla nieudanego koszykarza?
— Och, nie przypominaj mi o nim — poprosiła. — Gdybyś słyszał, jakimi słodkimi słowami mnie zwabił…
– Rozmawiałem wczoraj z twoją mamą – powiedział stanowczo Wiktor. – Ona czuje, że coś jej nie mówisz, martwi się o ciebie. Zadzwonię do niej. Niech przyjedzie do ciebie.
Julia najpierw potrząsnęła głową, a potem zaczęła płakać.

— Może to prawda. Niech lepiej zobaczą mnie tutaj pod kroplówką niż w mojej słynnej kurtce puchowej.
Godzinę później Anna Petrowna była już przy córce. Julia objęła ją, płacząc jak nad zmarłą, gładziła jej siwe włosy i powtarzała:
— Nie, mamo, nie.
Po dwóch tygodniach intensywnego odżywiania, spacerów na świeżym powietrzu i terapii witaminowej Julia wyraźnie wyzdrowiała. Na policzkach ponownie pojawiły się zabawne dołeczki, z twarzy zniknęły siniaki, a usta nabrały zdrowego różowego koloru.
Przechodząc obok jej sali, Paweł Siergiejewicz nawet zagwizdał:
— Jakie mamy tu piękności!
Ale natychmiast uciszył go Wiktor:

— Przepraszam, powiedziałem panu nieprawdę. Julia nie jest moją siostrą, tylko narzeczoną. Proszę więc przejść dalej.
— Ech — westchnął lekarz — co to za młodzież teraz, wszystko mieszają.
Idąc korytarzem z bukietem, który podarował jej Wiacia na pożegnanie, Julia uśmiechała się wdzięcznie do lekarzy, pielęgniarek, sanitariuszek, dziękowała wszystkim i żegnała się.
Pracownicy kostnicy, palący papierosy przy wyjściu, widząc Julię, pozdrowili ją z szacunkiem. Potem spojrzeli na siebie, ale ona tego nie zauważyła. Szła do domu i po raz pierwszy od kilku lat z całego serca pragnęła żyć. I to nie tylko żyć, ale kochać i być kochaną, ponieważ właśnie dzisiaj Wiacia poprosił ją, aby została jego żoną.

By admin

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *