— Emma, jeszcze troszkę, dasz radę — Tom zachęcał żonę, która ledwo ciągnęła nogi. Każdy jej krok był jak ostatni wysiłek przed całkowitym wyczerpaniem. Choroba wysysała z niej energię niczym niewidzialny wampir.
Tom spoglądał na nią od czasu do czasu z udawaną troską, ale jego oczy zdradzały coś zupełnie innego — chłodną kalkulację i stanowczość.
— Nie dam rady, Tom — wyszeptała Emma, a jej głos zadrżał z bólu i zmęczenia. — Wiem, że chcesz dobrze… Ale nie mam już sił.
— Dasz radę. Patrz, tam domek! — zawołał, wskazując ręką w głąb lasu. W jego głosie słychać było niemal triumf, jakby właśnie odkrył lekarstwo na całe zło.
Emma zmrużyła oczy, próbując dostrzec chatę przez zasłonę słabości. Faktycznie, w oddali majaczyła stara, przekrzywiona chałupa z omszałym dachem i oknami zakrytymi pajęczynami.
Gdy dotarli do ganku, Emma ledwo trzymała się na nogach. Tom pomógł jej wejść po skrzypiących schodkach i ułożył ją na twardej ławie. W jego oczach pojawił się cień zadowolenia — jakby właśnie zrealizował jakiś ważny plan.
— No, to teraz odpoczywaj ile chcesz — powiedział z uśmiechem, w którym nie było krzty ciepła.
Emma rozejrzała się. Ściany cuchnęły wilgocią i zgnilizną, w kątach leżały stare szmaty i porozrzucane deski.
— Tom, tu chyba nikt nie mieszka… — powiedziała z przestrachem.
— Oczywiście, że nie. Nikt tu nie zagląda od dwudziestu lat — odparł beztrosko. — I nikt tu nie przyjdzie. Jak będziesz miała szczęście, umrzesz spokojnie. Jak nie — zwierzęta się tobą zajmą.
— Tom… co ty wygadujesz? — Emma próbowała się podnieść, ale ciało jej nie słuchało.
Tom wyprostował się, a jego twarz stwardniała.
— Prosiłem cię po dobroci — przepisz na mnie firmę. Ale nie. Zacięłaś się jak osioł. Wiesz, ile mnie kosztowało znosić twoje towarzystwo? Spać z tobą? Jesteś odpychająca.
— Ale moje pieniądze ci nie śmierdzą, co? — zapytała gorzko Emma.
— Już są moje. Zostały tylko formalności. Wszyscy wiedzą, że wierzysz w czarowników i znachorów. Mówiłem, że próbowałem cię odwieść, ale jesteś uparta. Jak ci się podoba mój plan? Nawet trumny nie będę musiał opłacać.
Roześmiał się. Jego śmiech poniósł się echem przez las, złowieszczy i zimny. Emma zamknęła oczy. „To sen”, pomyślała. Ale Tom wyszedł, zostawiając ją samą. Próbowała się podnieść — bezskutecznie. Oczy same się zamknęły.
Pobrali się pięć lat temu. Tom przyjechał z innego miasta — bez grosza, bez pracy, ale z czarującym uśmiechem. Emma, zmęczona samotnością, zakochała się bez pamięci. Znajomi ją ostrzegali, ale nie słuchała. Prawdy dowiedziała się rok temu. I wtedy zdrowie zaczęło się sypać. Lekarze mówili: załamanie nerwowe.
Teraz — bogata, ale bezradna — Emma umierała w samotności. Nikt nie dowie się, co się z nią stało.
Nagle… ktoś stał obok.
— Nie bój się.
Emma drgnęła. Obok stała dziewczynka, może siedmio- lub ośmioletnia.
— Byłam tu, jak on cię przyprowadził — powiedziała. — Schowałam się.
— Kim jesteś? Też ktoś cię tu porzucił?
— Nie. Sama przychodzę, jak się pokłócę z tatą. Niech sobie pomyśli, jak mnie traktuje!
— On cię bije?
— Nie, ale czemu dziecko ma zmywać naczynia?
— Może jest zmęczony… Gdyby mój tata żył, zrobiłabym dla niego wszystko.
— Twój tata nie żyje?
— Nie. I wszyscy kiedyś umrą.
— Mój też?! — zapytała dziewczynka z przymrużonymi oczami.
— Tak. I będziesz żałować, że nie byłaś dla niego dobra.
— Mama zmarła. Ciągle za nią tęsknię. Nie chcę, żeby tata też odszedł. Będę mu pomagać. A ty — umierać tu przyszłaś?
— Wygląda na to, że tak.
— Czemu nie jesteś w szpitalu?
Łza spłynęła po policzku Emmy.
— Co za drań! Specjalnie cię tu zostawił?
— Najwyraźniej.
— Idę po tatę! On wszystkich leczy! Tylko mamy nie zdążył… Mówi, że nie może pomóc tym, których kocha.
— Czarodziej?
— Tak. Ty nie wierzysz, ale twój mówił, że wierzysz. Czekaj tu!
— Jak masz na imię?
— Zosia.
— Nie boisz się dzikich zwierząt?
— Jakich zwierząt? Tu nawet jeży nie ma. — I zniknęła tak samo nagle, jak się pojawiła.
Emma zapadła w drzemkę. Potem — szept.
— Tato, ona nie żyje? — zapytała Zosia.
— Nie. Śpi — odpowiedział mężczyzna spokojnym, pewnym tonem.
Emma otworzyła oczy. Zosia siedziała obok, a przed nimi stał wysoki mężczyzna, którego twarz krył cień, ale postawa zdradzała siłę i opanowanie.
— Przepraszam… — wyszeptała Emma.
— Nic się nie stało. Wszystko będzie dobrze — powiedział mężczyzna. — Dasz radę wyjść?
— Nie…
Położył dłoń na jej czole — Emma poczuła ciepło.
— Dasz radę. Jestem pewien.
Z jego pomocą zrobiła kilka kroków. Przed chatą stał dziwny pojazd — coś między motocyklem a samochodem.
Jeden krok… i wszystko zgasło.


