— Halo? — głos Ryszarda był cichy, drżący, jakby nadal bał się, że ktoś go złapie.
— Pan Ryszard Nowak? — odezwał się po drugiej stronie rzeczowy, neutralny głos.
— Tak…
— Dzwonimy z komisariatu policji w Krakowie. Szukamy pana w sprawie pańskiej żony, Małgorzaty Nowak. Obecnie przebywa w szpitalu w stanie ciężkim.
— Ja… nie jestem w Krakowie. Wyjechałem na urlop.
— Wiemy. Dlatego właśnie pana szukamy. Lekarze podejrzewają, że została otruta. Po wypiciu kawy, w której wykryto toksyczne substancje. Jeśli ma pan jakiekolwiek informacje o tym, co wydarzyło się dziś rano, prosimy o natychmiastowy kontakt.
Ryszard wypuścił telefon z dłoni. Elżbieta jeszcze spała. Rozłączył się bez słowa. Czuł, jak serce podchodzi mu do gardła.
To miało być takie proste. Drobna „niedyspozycja żołądkowa”, spóźnienie na samolot — i upragniony urlop z ukochaną. A zamiast tego — karetka, policja, śledztwo. Kroki zaczęły go zasypywać jak śnieg, który powoli przykrywa wszystko.
Wyszedł na balkon i spróbował złapać oddech. Bezskutecznie. W głowie krążyły myśli: woreczek, który wyrzucił do śmietnika, wścibska sąsiadka, kamery w bloku… I ten głos: „Została otruta”.
— Co tu robisz? — głos Elżbiety wyrwał go z zamyślenia.
— Nie mogłem zasnąć. Dzwonili z pracy.
— Zły sen?
— Może… — próbował się uśmiechnąć. — Chodźmy na śniadanie.
Ale w jego głowie nie było głodu. Tylko strach.
Dwie godziny później, gdy Elżbieta była pod prysznicem, Ryszard nerwowo sprawdzał telefon. Cztery nieodebrane połączenia. Wiadomość od sąsiada:
„Była policja. Pytali o ciebie. Małgorzata w szpitalu. Sąsiadka ją uratowała. Jest nagranie. Widać, jak coś wyrzucasz. Uważaj na siebie.”
Nogi się pod nim ugięły. Usiadł na krześle, wpatrzony w pustkę.
„To nie była próba morderstwa. Chciałem tylko, żeby została w domu…” — powtarzał w myślach, ale nawet jego wewnętrzny głos już mu nie wierzył.
Wyszedł z pokoju pod pretekstem, że idzie po wodę. W rzeczywistości rozważał ucieczkę. Granica z Austrią była blisko. Nowe życie? Nowa tożsamość?
Ale gdy dotarł do bramy kompleksu, zatrzymał się przy nim radiowóz.
— Pan Ryszard Nowak?
— Tak…
— Proszę z nami. Otrzymaliśmy zgłoszenie od polskich władz. Musi pan złożyć oficjalne zeznania.
Na komisariacie powietrze było ciężkie, pachniało papierem i przesłuchaniami. Ryszard starał się wyglądać spokojnie.
— To jakieś nieporozumienie. Moja żona… źle się poczuła. Pewnie coś zepsutego zjadła, albo przez stres. Po prostu… wyjechałem sam, bo myślałem, że nie pojedzie. Nie wiedziałem, że tak źle się poczuje…
— Panie Nowak, — przerwał mu jeden z policjantów. — Mamy nagranie, na którym wyrzuca pan opakowanie po lekach do śmietnika. Mamy świadka — pańską sąsiadkę. Twierdzi, że nalegał pan, by żona wypiła kawę. A toksykologia potwierdziła obecność środka nasennego w filiżance.
— Nie chciałem jej zabić! — krzyknął Ryszard. — To był tylko środek usypiający! Chciałem tylko, żeby spóźniła się na lot! Zniszczyła mi życie! Dwadzieścia lat tej samej rutyny, tej samej minuty, tych samych rytuałów! Człowiek od tego wariuje!
— Czy ma pan prawnika? — zapytał chłodno funkcjonariusz.
W tym czasie w szpitalu Małgorzata otwierała oczy. Światła raziły ją, ale głos pielęgniarki był łagodny:
— Miała pani ogromne szczęście. Sąsiadka wezwała pomoc na czas. Coś było w kawie. Jeszcze nie wiemy dokładnie co, ale organizm zareagował.
— Ryszard? — wyszeptała Małgorzata.
— Proszę się nie martwić. Policja już się tym zajęła.
Drzwi się otworzyły. Do środka weszła kobieta w garniturze, z poważnym wyrazem twarzy.
— Pani Nowak, jestem prokuratorem prowadzącym sprawę. Musi pani wiedzieć, że mąż został zatrzymany pod zarzutem usiłowania celowego otrucia.
Oczy Małgorzaty zaszkliły się. Ale to nie były łzy bólu. To były łzy ulgi.
Dwadzieścia lat życia pod chłodnym kocem perfekcyjnej rutyny. A teraz — prawda. Brzydka, ale prawdziwa.
— Chcę rozwodu, — powiedziała cicho, ale zdecydowanie. — I chcę… prawdziwej kawy. Bez cukru. Gorzka.
Trzy miesiące później Ryszard nadal przebywał w areszcie śledczym. Elżbieta zniknęła. Rozpłynęła się. Bez śladu. Bez telefonu. Bez współczucia.
Na sali sądowej, gdy Małgorzata weszła — wyprostowana, pewna siebie, z czerwonym szalem na szyi — Ryszard próbował coś powiedzieć. Ale słowa utknęły mu w gardle.
Po raz pierwszy od dwudziestu lat… ich wspólny zegar się zatrzymał.


